Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
19.10.2018, godz. 12:58

Zagadka Urwasi

Chorągwie powiewały na wietrze. Rydwany nadjeżdżały z bitewnego pola i zbierały się wokół placu, na którym stał radża. W powietrzu ryczały trąby, a popołudniowe słońce skrzyło się ciężko w ich głosie. Stada ptaków płynęły po bezwietrznym niebie. Rzędy piechoty stały we wzorcowym szyku, a ich tarcze lśniły jak jesienne słońce. Gdy surmy ustały, radża podniósł rękę. Mocnym głosem ogłosił zwycięstwo, a jego słowom towarzyszyły okrzyki. Gdy skończył swoją mowę, żołnierze zaczęli rozjeżdżać się do namiotów, aby wypocząć po bitwie. Radża podwinął skraj swojej szaty i spojrzał w stronę wzgórz. Słońce już prawie osiągnęło ich linię, zamykając w kleszcze pędzącego galopem konnego posłańca. Daleka sylwetka stawała się coraz bliższa i niebawem konny znalazł się przed radżą.


 

 
 
 
    -         Tak jak kazałeś, Najjaśniejszy, zdobyliśmy pałac – oznajmił posłaniec.
-         Doskonale, co w nim było? – spytał radża, który nie spodziewał się, że ktoś jeszcze zdoła obronić miasto, skoro całe wojsko przeciwnika zdecydowało się na walną bitwę.
-         Nic – odpowiedział posłaniec rozkładając ramiona.
-         Nic? – upewnił się władca, przeklinając siarczyście. Nie był wcale przekonany do wojny z władcą Kapuru, którego małe państwo nie miało żadnego znaczenia dla jego planów. Ten leżący na uboczu kraj był biedny i nieustannie narażony na ataki irańskich zagonów. Dużo lepiej było utrzymać jego częściową niezależność tak, aby pełnił rolę bufora przy perskiej granicy. Posłaniec pokiwał twierdząco głową, a zza jego pleców radża dostrzegł nadchodzącą postać żony. – Co mi masz do powiedzenia, Urwasi? – spytał ją gniewnie książę, a posłaniec wycofał się spiesznie.
-         Pojedźmy tam – zaproponowała nie przejęta księżna brzęcząc bransoletkami u stóp.
-         Czy to nie ty zaproponowałaś mi atak na Kapur? – radża zmierzył ją gniewnie wzrokiem, niemal natychmiast jednak się uspokoił, nie mogąc nie docenić piękna swojej małżonki. – Moi doradcy radzili mi, abym oszczędzał armie dla ważniejszych zadań niż zdobycie pustego pałacu. Gdzie jest ten niezwykły skarbiec, o którym mnie zapewniałaś? Tylko głupiec słucha kobiety – dodał gorzko.
-         Masz zamiar dotrzymać mi towarzystwa? – spytała Urwasi, która siedziała już na koniu. Jej kształtna twarz jaśniała jak płatki lotosu, a ciemne włosy płynęły na wietrze jak mgła. Książę westchnął ciężko i dosiadł swojego rumaka. Po chwili pędzili zgodnie w stronę wzgórz.
 
   Ludność Kapuru spoglądała niepewnie na swoich nowych władców. Żołnierze ustawili się szpalerem wzdłuż ulic, aby chronić książęcą parę przed ewentualną próbą zamachu. Radża z niezadowoleniem przyglądał się niskim domom miasta i skromnym strojom mieszczan. Wyglądało na to, że ludzie Kapuru złoto znali tylko z legend. Choć miasto nie było wcale oblegane, nie było widać na ulicach wielu kupców. Na ulicy panowała najwyraźniej moda na proste, bawełniane stroje, a głównym surowcem spożywczym było kozie mleko. Książę przeklął ponownie patrząc z wyrzutem na swoją żonę. Po minięciu kilku przecznic dotarli do głównego placu, na którym wznosiła się zaniedbana świątynia Brahmy. Piękne niegdyś rzeźby porastał mech, a kępy trawy wypływały spod kalenic dachu. Księżniczka spięła swojego wierzchowca i zeskoczyła z niego zgrabnie. Po chwili dołączył do niej radża.
-        Pałac jest koło świątyni – powiedziała wskazując mały, niski budynek.
-        Czy podobnie jak świątynia Brahmy jest nieużywany? – spytał złośliwie jej małżonek.
-        Przecież wiesz, że nikt nie czci Stworzyciela w wieku upadku – zauważyła niezrażona Urwasi.
-        Dziś sam się czuję tak, jakbym upadł na głowę – odparł książę odbierając od jakiegoś żołnierza masywny klucz do budynku.
-        Otworzysz? – spytała go rani. Klucz zgrzytnął głucho w zamku i książę otworzył zamaszystym ruchem hebanowe drzwi. W środku była jedynie ciemność.
-        Tu nic nie ma – zdenerwował się książę wytężając wzrok.
-        Przynieście światło – krzyknęła księżna w stronę żołnierzy i po chwili jeden z nich przyniósł ażurową lampę. Książe pochwycił ją gwałtownie i usiłował wejść do wnętrza, które stawiało opór, jakby wypełniała je wata. Zanim zdołał zrobić krok, lampa zgasła. Gdy wyniósł ją na światło, aby znów ją zapalić, odkrył ze zdumieniem, że płomyk migocze żywo za barwionymi szkiełkami.
-        Nie dość, że nic tam nie ma, nie można nawet tego zobaczyć – wskazał pałac oskarżycielskim gestem.
-        Posłuchaj, mój drogi – rzekła poważnie Urwasi. – Tam naprawdę niczego nie ma.
-        Mam już tego dosyć – twarz księcia stała się purpurowa. – Nie dość, że przez twoją głupotę podbiłem zupełnie mi niepotrzebne księstwo, to jeszcze kpisz sobie ze mnie. Zobaczysz, odeślę cię do matki.
-        Na zawsze? – zaśmiała się księżna.
-        Na rok, no może na pół roku – książę zmarszczył czoło. Wszyscy wiedzieli, że małżonkowie znali się od dzieciństwa i nigdy się nie rozstawali. Z tłumu żołnierzy dobiegły tłumione śmiechy, które radża stłumił gniewnym spojrzeniem. – A przez te kilka miesięcy wezmę sobie trzy nowe żony, piękne jak jutrzenka i do tego cały harem niewolnic.
-        I co będziesz z nimi robił? – rani pokiwała biodrami wyzywająco.
-        Zobaczysz jak wrócisz – książę rozpogodził się i wybuchnął śmiechem. – Trudno. Niech  już będzie to całe Kapur. Ale czemu tak ci zależało na tym pałacu? Nie lepiej było kupić jakiś domek od stajennego, lub woźnicy?
-        Tu naprawdę nic nie ma, mój kochany – stwierdziła Urwasi patrząc z fascynacją w ciemność bijącą z drzwi starego pałacu. – Nie ma ani przestrzeni, ani powietrza, ani światła, ani dźwięku, nie ma nic... Spróbuj tam wejść. – książę ponownie skierował się do wewnątrz tajemniczej budowli, ale nie zdołał zrobić więcej niż dwóch kroków. Gdy był w środku, miał wrażenie jakby śnił w najgłębszej fazie snu. Jego myśli zwolniły i ucichły jak ptaki, gdy zapada zmierzch. W sercu księcia rozprzestrzeniał się dziwny, bezgraniczny spokój, którego nigdy dotychczas nie doznał. Choć wiedział, że wyjście jest tuż za jego plecami, czuł, że jest w jakiejś nieskończonej dali, a wszystko co dotychczas znał prawie nie istnieje, przy tym zapierającym dech w piersiach dystansie. Po chwili wycofał się zdumiony i trochę zlękniony.
-        Jak książę Kapuru mógł tu mieszkać? – spytał żony.
-        Przypuszczam, że on nie był człowiekiem – odparła Urwasi poprawiając bransoletkę na lewej dłoni.
-        To kim on był? – spytał radża.
-        Mówiono mi, że znikł, gdy zaczęła się bitwa – wyjaśniła księżna. – Rozkazałam pytać jego poddanych, jednakże oni nigdy nie widzieli jego twarzy. Czasem tylko dane im było ujrzeć jego postać z oddali, gdy wraz z całym orszakiem podróżował po księstwie.
-        To wszystko jest bardzo dziwne – zauważył radża gładząc się po brodzie. – Skąd wiedziałaś o tym, że ten pałac jest pusty?
-        Zapomniałeś, że mam pułk kobiecych szpiegów? – księżna mrugnęła okiem. Radża podzielił się z nią władzą po równo, jak postanowili jeszcze wtedy, gdy wyrastali wśród łąk ich dzieciństwa.
-        No dobrze – książę rozumiał przynajmniej tę część działań małżonki. – Ale po co ci ten pałac?
-        Sama nie wiem – przyznała cicho Urwasi. – Myślę, że to ważne. To jedyne takie miejsce na ziemi.
-        No dobrze, a co z księciem Kapuru? – książę poczuł lekki niepokój. – Kim on był?
-        Liczyłam na to, że poznamy go podczas bitwy – wyjaśniła rani. – Moi szpiedzy okazali się w tym względzie bezradni. Książę nie kontaktował się z nikim. Wywieszał jedynie edykty na murach świątyni. Z tego, co wiem, nie miał żadnej służby ani dworu. Nigdy nie widziano też, aby ktoś wnosił do pałacu jakieś pożywienie.
-        Przecież to szaleństwo, wydawać bitwę takiej istocie – przez ciało księcia przebiegł zimny dreszcz. – Przecież to mógł być nawet jakiś demon, legendarny mędrzec, albo któryś z bogów.
-        Czy nie po to żyjemy, aby poznawać? – księżna oparła się na ramieniu radży. – Każdy może budować, zabijać, władać, lub być komuś posłusznym... Lecz co z tego? Od ilu już wieków rodzą się nowe pokolenia i odchodzą stare? Ile już było wojen, a ile zawarto rozejmów? Ile stworzono królestw i ile upadło?
-        To prawda – przyznał książę. Uspokoił się, pełen podziwu dla mądrości Urwasi. Nad placem zapadał zmierzch, łuczywa w rękach żołnierzy płonęły coraz mocniejszym blaskiem. – Nadal jednak nie uważam, że właściwym było wydawać bitwę komuś, kogo nie znamy. Skąd mam wiedzieć, czy postąpiliśmy słusznie?
-        Myślę, że możemy tam teraz wejść – czarne źrenice Urwasi odbijały drżący zarys księżyca.
-        Skąd to wiesz? – wyszeptał zdumiony książę.
-        A skąd wiesz, że jesteś tu, na tym placu? – księżna rozłożyła w powietrzu swoje kształtne ramiona. – Skąd wiesz, kim jest twoja żona Urwasi? Skąd wiesz kim sam jesteś? A jaką mamy pewność, czy w ogóle jesteśmy tutaj, czy gdzieś indziej, teraz, czy też zawsze? Gdy patrzę w te puste drzwi, coś się we mnie zamyka i przez to wiem, że one stoją dla nas otworem.
-        Dobrze – rzekł książę biorąc swoją żonę pod ramię. Obejrzeli się za siebie, skłonili się stojącym w milczeniu żołnierzom i weszli do wnętrza budowli. Niebo ściemniało, upłynął jeden dzień, a zaraz po nim następny. Żołnierze na próżno czekali na powrót swoich władców i po kilu tygodniach wysłali posłańca do stolicy. Po wielu miesiącach bezkrólewia wybrano w końcu na tron najstarszego syna radży. Wiele razy przybywał on do Kapuru, na próżno czekając na ojca i matkę w majestatycznym cieniu starej świątyni. Oczy kamiennych posągów patrzyły na niego bez zrozumienia i bez współczucia. Gdy nowy władca posiwiał, nakazał usypać nad pałacem w Kapurze kurhan, a jego historia odeszła w zapomnienie.
 
   Po wielu wiekach dni nad świątynią Brahmy płyną tak samo, tyle że szybciej. Wznoszący się nieopodal niej kopiec pokryły drzewa, na których skaczą zwinne i hałaśliwe małpy. Czasem rozetnie niebo szara wstęga startującego samolotu, a jego huk płoszy coraz mniej liczne ptaki. Wiele razy chciano poszerzyć lotnisko o mały i gęsty zagajnik, jednakże czy to z braku pieniędzy na przeniesienie zabytkowej świątyni, czy to dla dziwnej aury tego samotnego miejsca, nigdy nie zrealizowano tych planów. Nieliczni mieszkańcy nowoczesnego Kapuru lubią przychodzić do tego miejsca, które zdaje się na coś czekać. Zza gałęzi rosnących tu drzew gwiazdy wyglądają inaczej i widać je zawsze, nawet wtedy, gdy na niebie świeci słońce. Nieraz już urządzano w to miejsce ekspedycje archeologów, lecz badaczy ogarniało nieodmiennie zadziwiające lenistwo, tak że wracali do swych mocodawców jedynie ze szkicami coraz mniej wyraźnych rzeźb. Badaczy zniechęciło dodatkowo pochodzące zapewne od jakichś minerałów promieniowanie, które zniekształcało klisze filmowe i fotograficzne. Zamiast odwzorowania pradawnej świątyni można było na nich znaleźć jedynie przypominające równania matematyczne smugi, którymi zainteresował się znany indyjski fizyk. Wywołało to lokalną sensację w prasie, niestety uczony zniknął, zanim zdążył podzielić się z innymi teorią, na którą jego koledzy patrzyli z ogromnym dystansem. Wreszcie zostawiono to miejsce w spokoju, a ono ucichło, odpłacając się tym samym.
 
 
 
 

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese