Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
19.10.2018, godz. 01:10

Matematyk i dzicy.

 
 
 
    Widzę zdziwienie na waszych twarzach. To prawda, że temat mojego wykładu nie jest zbyt typowy jak na spotkanie grona matematyków. Choć przecież zdarzały się różne tematy... Nie ważne. Abstrahując od tytułu mojej przemowy, z pewnością jej treści nie da się ująć w ramy naszego rzemiosła, które nieliczni szczęśliwcy, albo może szaleńcy, nazywają sztuką. Chciałem wam bowiem opowiedzieć o odejściu profesora Howarda, o wydarzeniach, w których brałem, bierny co prawda, udział. Czyli będzie to zwykła opowiastka, niewiele mająca wspólnego z matematyką chaosu, czy z algebrą zbiorów nieskończonych. Co gorsza, postaram się ją ubrać w beletrystyczną formę, zamieniając część naszego spotkania w zwykłą gawędę. Musicie mi jednak to wybaczyć, zwłaszcza, że znacie w ogólnym zarysie sprawę Howarda. Pisano o tym w gazetach, nie tylko tych branżowych. Nikt jednak nie przedstawił całości zdarzeń.

 

 Po długich wahaniach postanowiłem zatem zająć głos w tej sprawie, właśnie teraz, tutaj i pośród was. Historia, którą wam przedstawię jest stosunkowo zwykła, pomimo egzotycznego tła jakie ją zdobi. Są to przypadkowe sceny w jakie obfituje nasza codzienność. Ja jednakże pod wpływem tego co widziałem, zacząłem wątpić w codzienność i podobnie jak Pitagoras ujrzałem we wszystkim liczby. Widzę, że poprawiłem trochę wasz nastrój przywołując bohatera pierwszego rozdziału historii matematyki... To dobrze, gdyż w takim razie i ja mogę zacząć swoją historię.
 
   Mija już prawie rok od czasu, kiedy profesor Phillips E. Howard dostał jedną z tych rządowych propozycji nie do odrzucenia, które w równej mierze przysparzają prestiżu, jak i przytłaczają wyróżnionego swoją pretensjonalną dziwacznością. Przyczyną zdarzeń o których będzie mowa był projekt rady naukowo – kulturalnej ONZ. Młoda, indyjska demokracja stworzyła bowiem sama dla siebie struktury zupełnie nowe i niekiedy niecodzienne. Jedną z nich jest sytuacja prawna tubylców zamieszkujących wyspy położone w południowych regionach Subkontynentu. Mieszkają tam ludzie pierwotni, nie znający nowoczesnej cywilizacji, zaś rząd centralny Indii chroni ich tożsamość zezwalając na całkowitą izolację. Nie docierają zatem do nich żadne wynalazki z głębi kraju otwartego na procesy globalizacji, wolnego handlu i wymiany turystycznej. Plemiona żyjące na tych wyspach nie znają gazet, telewizji, ani nawet prostych narzędzi służących do rolnictwa, czy gospodarki leśnej. Ich świat jest krainą łowców neolitu, którą omijają nowoczesne tankowce i przepełnione jumbo –jety. Ludzie ci jedynie raz do roku kontaktują się z wyższymi strukturami biurokratycznymi swojego macierzystego kraju i nieodmiennie przegłosowują spokój i osamotnienie dla samych siebie. Nic zatem dziwnego, że stanowią oni niedosiężne marzenie wszelkiej maści antropologów. Niestety, nasi koledzy humaniści muszą respektować oryginalne prawa jakie zapewniła Dzikim ich metropolia. Od kiedy ustanowiono Republikę w miejsce byłej kolonii brytyjskiej, pierwotni mieszkańcy wysp nie wyrazili wobec otaczającego ich świata żadnej chęci kontaktu. Prosili jedynie o spokój, który otrzymali na fali idealistycznego przewrotu Mahatmy Gandhiego. Jednakże niedawno zechcieli skontaktować się z dobrym matematykiem. Nikt nie miał pojęcia, skąd w ogóle dowiedzieli się o istnieniu takiej profesji. Nikt nie umiał też zrozumieć, dlaczego ze wszystkich dobrodziejstw ludzkiej cywilizacji zapragnęli akurat jednego z nas. Biorąc pod uwagę katastrofalny poziom pierwotnej medycyny, niemożliwą przez to do uniknięcia umieralność dzieci, czy też problemy żywnościowe z pewnością matematyk nie był w tym wypadku artykułem pierwszej potrzeby. Prasa indyjska zareagowała na rzecz całą z dużą dozą oczywistego w takiej sytuacji humoru, jednakże koczujący w prowincjach przyległych do wysp antropolodzy podeszli do tego z powagą graniczącą wręcz z fanatyzmem. Ich zapał był na tyle duży, że poruszył ospałą machinę ONZ i w ostatecznym rezultacie ruchu jej trybów pchnął Howarda w podróż do Indii. Jak wiecie, jako jego doktorant byłem jego asystentem. Projekt miał trwać trzy miesiące, zaś fundusze były na tyle wysokie, że wyruszyliśmy w naszą podróż w pogodnych nastrojach, myśląc już o tym, co uda nam się zrobić z tą erupcją dolarów już po odpracowaniu naszej biurokratycznej pańszczyzny. W Madrasie, gdzie skończyła się lotnicza część naszej podróży, czekał na nas Vijay Sharma, który szczęśliwie łączył wykształcenie matematyczne ze znajomością języka dzikich mieszkańców wysp, albo przynajmniej najbardziej do niego zbliżonego dialektu z głębi kraju. Vijay okazał się miłym towarzyszem na najbliższe miesiące. Wyglądał na typowego Hindusa, ze skłonnością do nie zawsze udanych dowcipów i zdecydowanym nadmiarem energii witalnej. Jeśli chodzi o jego zdolności matematyczne, były zadziwiająco wysokie, za maską nieco rubasznej prostoduszności skrywał się ostry jak brzytwa umysł. Jak nieraz to widzieliśmy, ojczysta ziemia współczesnej matematyki nadal jest płodna. Po aklimatyzacji w wielkiej i hałaśliwej metropolii mogliśmy udać się do celu naszej wędrówki. W małym rybackim porcie z którego mieliśmy przebyć ostatni, morski odcinek drogi oczekiwał nas indyjski urzędnik rządowy. Po rozwlekłej i niezbyt precyzyjnej przemowie dał nam do podpisania liczne formularze. Większość z nich dotyczyła kwarantanny, odbytej przez nas jeszcze przed podróżą. Ostatni z dokumentów jednakże miał nieco inne znaczenie. Jak poinformował nas Vijay, mieliśmy się zobowiązać do respektowania przejawów kultu i tradycji Dzikich, o ile nie zagrożą one naszemu zdrowiu, lub życiu. W wypadku złamania tego zobowiązania narażaliśmy się na sankcje prawe, z pobytem w więzieniu włącznie. Nic zatem dziwnego, że z pewnym ociąganiem oglądaliśmy te niezwykłe dzieło prawników i długo dyskutowaliśmy nad możliwymi problemami, na jakie możemy się natknąć w miejscu docelowym. Nie trudno było bowiem wyobrazić sobie rzeczy niegroźne dla zdrowia, które mimo to mogłyby nas narazić na liczne przykrości. Jako, że urzędnik nie chciał podejść twórczo do misji, którą dane mu było wypełnić, Howard zniecierpliwił się w końcu i postawił in blanco swój nerwowy zygzak na dole ciężkiej od pieczątek strony, a my poszliśmy lojalnie śladem szefa wyprawy.
 
   Urzędnik wsiadł z nami do łodzi i towarzyszył aż do samej wyspy. Trzeba przyznać, że dziewiczość jej nieskalanej przyrody zrobiła ogromne wrażenie na nas wszystkich. Poczuliśmy się jak pierwsi ludzie stąpający po powierzchni Ziemi, nie umiejący jeszcze rozpalić ognia, ani nawet ściąć drzewa. Nasze ręce wydały nam się nagle puste, jakbyśmy utracili gigantyczną ilość przedmiotów posłusznych naszym palcom zaraz po drugiej stronie falującego błękitu wód. Na szczęście okazało się, że możemy rozbić obszerny jak pałac radży namiot, a urzędnik towarzyszył nam w celu wskazania miejsca, gdzie możemy założyć tę naszą doraźną siedzibę. Tubylcy zjawili się dopiero nazajutrz. Ich nadejście przepełniło nas wdzięcznością, gdyż noc wśród dzikiej, nie lękającej się człowieka przyrody była dosyć trudnym przeżyciem. Niczym małe dzieci zbiliśmy się w gromadkę, zaś wódz miejscowych skłonił się przed nami i padł na twarz przed „Zarysem algebry dla studentów” spoczywającym na rozkładanym stole Howarda. W jego ślad poszli pozostali Dzicy, zupełnie chwilowo obojętni na nasze pytania dotyczące ich oczekiwań i rozkładu dnia. Chcąc nie chcąc musieliśmy poczekać, aż skończą mamrotać swoje melodyjne hymny. Gdy to się wreszcie stało, weszły ubrane w muszle Dzikuski i położyły przed nami palmowe liście z jedzeniem, które okazało się całkiem smaczne, choć woleliśmy nie dociekać dokładnie składu surowcowego tego posiłku. Gdy zjedliśmy, osobnik ozdobny w pióra i muszle stanął przed nami.
-          Howard? – zapytał, zaś nasz szef stanął przed nim. W tym momencie szaman, albo też wódz Dzikich położył przed nim strój podobny do własnego i na migi zasugerował Howardowi, by się w to przebrał.
-          Ale dlaczego...? – zaprotestował zniesmaczony profesor, a my spojrzeliśmy na niego ze współczuciem. Vijay przetłumaczył jego pytanie i długo starał się zrozumieć odpowiedź.
-          Masz problem z tym językiem? – zapytałem, czując, że i mnie udziela się nerwowy nastrój.
-          Mówią poezją – mruknął bezradnie Vijay.
-          Każ im przejść na prozę – rozchmurzył się trochę Howard.
-          Wygląda na to, że ludzie złotego wieku nie znają prozy – nie ukrywał zakłopotania Hindus.
-          Jak mogą nie znać? – postukałem się odruchowo w czoło. – Dzicy nie powinni używać poezji, ale przecież prozą mówi się na co dzień, jak u Moliera.
-          Mylisz się – zauważył nasz szef, który był miłośnikiem antyku. – Również Grecy uważali, że w złotym wieku nie znano prozy. Wygląda na to, że język nie rozwija się wraz z cywilizacją, lecz wręcz przeciwnie.
-          Musiał być prymitywny, jak powstawał – zaprotestowałem.
-          Ludzie dostali język od bogini Saraswati – stwierdził rzeczowo Vijay.
-          Wielu Greków sądzi, że ludzie wzięli go od zwierząt – dodał Howard.
-          Na drodze ewolucji? – spytałem.
-          Całkiem możliwe – pokręcił głową profesor.
-          To znaczy, że małpy poetki nie przestając układać sonetów zmutowały się w homo sapiens? – upewniłem się.
-          Nie małpy, lecz nasz wspólny z małpami przodek – uzupełnił mnie Howard, a ja umilkłem zniesmaczony.
-          Panditji! – rzekł Vijay, a znaczyło to „panie profesorze” w jego języku. – Szaman Dzikich mówi, że to szata kapłanów boga i musisz to włożyć.
-          Jakiego znów boga? – tym razem to Howard był zbity z tropu.
-          Matematyka bogiem – wyjaśnił w wiernym przekładzie nasz tłumacz.
-          Ależ nie – zaprzeczył gwałtownie nasz szef. – To tylko głupia zabawa liczbami, żaden tam bóg.
-          Nie zabawa, lecz bóg! – stwierdził stanowczo szaman, używając zresztą naszego języka. Widocznie przyswoił sobie słowa i ich znaczenie wynikające z kontekstu.
-          To tylko liczby, hobby dla wariatów – zauważył protekcjonalnie Howard rozczulony nastawieniem swoich niezwykłych studentów.
-          Matematyka bogiem – powtórzył raz jeszcze Dziki i trzeba przyznać, że ta dziecinna walka na słowa trwała jeszcze długo. W jej wyniku profesor musiał na końcu obnażyć swoje niezbyt opalone ciało naukowca i ozdobić je w pióra kapłana matematyki.
 
 
   I tak płynęły dni na pięknej jak czas wiosny wyspie, co może jest niezbyt udaną metaforą, gdyż w strefie równikowej wiosna jest nieznanym zjawiskiem. Dzicy byli wyjątkowo pojętni, sądzę, że każdy z nas chciałby mieć takich studentów. Już w pierwszym tygodniu przebyli podstawy, by pod koniec drugiego przedostać się na teren pierwszego roku studiów. Nic zatem dziwnego, że w trzecim tygodniu zaczęli przeprowadzać samodzielne dowodzenia matematyczne i to z bardzo różnych działów. Tak, zapewniam was, że i mnie było trudno w to uwierzyć. Kwestia boskości matematyki była jednakże niezmienna pomimo tych nieoczekiwanych postępów. Można wręcz stwierdzić, że owa nieco surrealistyczna pobożność narastała. Howard na próżno starał się zaszczepić swoim genialnym skądinąd uczniom naukowy obiektywizm. Na domiar złego, Dzicy zmusili go do wchodzenia w dziedzinę fizyki, gdzie można przecież, bądź co bądź, zaobserwować praktyczne efekty stosowania matematyki. Nasz szef bronił się przed fizyką jak mógł, na nieszczęście tubylcy widywali niekiedy samoloty, czy też statki i pod wpływem swoich twórczych studiów sami opracowali zasady mechaniki. Lecz chcieli wiedzieć więcej.
-          Jaką prędkość ma światło? – spytał pewnego dnia szaman.
-          Po co ci to, mój drogi? – zaprotestował Howard.
-          Bóg! – krzyknął Dziki wskazując na słońce.
-          Ale to nie ma nic wspólnego z matematyką... – rozłożył ręce załamany profesor.
-          To nie jest wobec nich uczciwe – zaprotestował Vijay tłumaczący wszystkie rozmowy, choć tubylcy wyręczali go niekiedy dzięki łatwości z jaką uczyli się angielskiego.
-          A wobec mnie jest...? – nasz szef wskazał wymownie na siebie.
-          Czy drobinki, z których wszystko się składa, są podobne do siebie? – pytał dalej szaman. – Czy bóg jest w różnej liczbie ich łapek?
-          Tak – stwierdził Vijay omijając gniewne milczenie Howarda. – Bóg jest jednym w wodorze, a dwoma w helu.
-          Lecz żelazo jest takie ciężkie – westchnął szaman macając oścień zrobiony z jakiegoś meteorytu. – Bóg nie jest tylko liczbą która trzyma, lecz również liczbą, która waży...
-          Zabiję cię Vijay! – sapnął nasz szef. – Jeśli będę jeszcze musiał tutaj tańczyć i recytować sonety Szekspira, będę musiał to zrobić...
-          Przypuszczam, że w dziedzinie tańca i poetyki oni nie potrzebują nauczyciela – wtrąciłem na pocieszenie, niech jednakże pozostanie tajemnicą źródło dla tego z moich wniosków. Nie, nie, drogi doktorze, nawet jeśli owo źródło ma imię i to do tego żeńskie, nie wyjaśni to nam niczego. A zatem to zostawmy...
 
 
-          Dobrze, niech wam będzie z tym bogiem – dał za wygraną po upływie miesiąca Howard, - ale dlaczego mówicie o nim, jakby był liczbą, nie zaś jak o tym, który tworzy liczby...
-          Howardzie, kapłanie, skąd taki dziwny pomysł...? – zdumiał się zaszokowany szaman. – To my jesteśmy osobami będącymi pozornie obok atomów, czterech sił wszechświata, skończoności, nieskończoności, n – wymiarów. Lecz bóg nie jest obok siebie. Zanurz się w nim i zobacz sam. Człowiek wyraża echo boga i zdaje mu się, że tworzy, ale bóg nie tworzy, tworzenie jest z niego, tak jak wiele innych rzeczy, jak czas, przestrzeń, byt i tak dalej. Ale obok czasu są miliony pokrewnych zjawisk nie będących czasem, podobnie obok przestrzeni, bytu i analogicznie... Mówiąc, że bóg jest osobą skłonną do tworzenia umieszczasz go poza większością zjawisk, które nie są niczym innym jak tylko nim. Skąd ten pomysł Howardzie...? Liczby są uniwersalną cząstką boga, sięgniesz nimi za miejsce, czas i byt, a z pewnością za samego siebie, poza osobowość, poza człowieczeństwo. Podobnie mądry wróbel sięga za wróblowatość, palma za palmowatość, delfin za delfinowatość...
-          Chyba jednak wolałbym recytować Szekspira... – zauważył załamany profesor.
 
 
-          To po co my w ogóle jesteśmy? – spytał innego wieczoru nasz szef. – Skoro jesteśmy tylko echem dla wędrujących atomów, dla barw światła, poetyckiego natchnienia lśniącego w jakichś symetriach, to po co jesteśmy?
-          Głupie pytanie – zaśmiał się Dziki. – Nasz byt jest złudzeniem, które powstaje na skrzyżowaniu różnych dróg progresji boga. Akt wyrastania ze złudzenia jest również przejawem progresji.
-          Jesteś moim ojcem i nie pragnę innego – stwierdził na te słowa Vijay i, jakby rzekł wtedy Howard, przeszedł do obozu wroga.
 
   Niebawem jednak i sam Howard przeszedł do obozu wroga i tylko ja, jak to widać, powróciłem z wyspy do naszego świata. Gdy patrzyłem na oddalający się brzeg wyspy widziałem zupełnie inne wybrzeże, niż to, które mnie powitało. To wszystko. Sami słyszycie, że historia ta była aż nadto prosta. Nie wziąłem ze sobą notatek z wyspy, wśród których jest niejedno rozstrzygnięcie nieznanych nam dziś problemów matematyki. Nie wziąłem ze sobą notatek z wyspy, lecz rzuciłem je w ogień mojego ogródkowego grilla. Nie patrzcie tak na mnie, i tak nie chcielibyście tego, co spłonęło. Nie tylko wyspa ma swoich bogów. Ci inni, choć są tylko dziełem naszych pragnień, lubią być w centrum i sprowadzać wszystko, nawet matematykę, do roli gry i narzędzia. Musiałem wam o tym opowiedzieć, gdyż ufam, że obok zwykłych rzemieślników siedzą też przede mną artyści świata liczb. Kupiłem trzydzieści biletów na wieczorny lot do Delhi. Kładę je na tym stole, a tych z was, których już nigdy nie zobaczę, żegnam serdecznie, dziękując za długie lata owocnej współpracy.
 
 
 
 

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese