"Nazywam się Khan" Karana Johara - recenzja filmu.

 
 
   Niedawno wszedł na ekrany naszych kin nowy film Karana Johara, w którym jeden z najwybitniejszych indyjskich (i nie tylko) reżyserów zmierzył się z tematyką terroryzmu i islamofobii, jaka od czasu rozpoczęcia dziwnej wojny z tzw. „Państwami Bandyckimi” przez Amerykanów nasiliła się na całym świecie. Z zagadnieniami narastającej fali nietolerancji religijnej i obyczajowej we Francji mieliśmy okazję zapoznać się niedawno dzięki wydanej przez „Le Monde diplomatique” książce „Nowa islamofobia” Vincenta Geissera. W „Nowej islamofobii” bohaterami są oczywiście Francuzi i Arabowie. Na grunt bliższy problematyce poruszanej przez „Nazywam się Khan” przenosi nas książka odważnej pisarki i eseistki indyjskiej Arundhati Roy pod wymownym tytułem „Algebra bezgranicznej sprawiedliwości”. Autorka trafnie i inteligentnie wskazuje na stosowaną przez tzw. „cywilizowane” kraje zasadę odpowiedzialności zbiorowej wobec wszystkich muzułmanów za atak kilku terrorystów 11 września na WTC.  

 

  
   W swoim najnowszym obrazie Johar nadal rozwija wspaniałą technikę budowania silnych i wyrazistych stanów emocjonalnych. Czyni to za pomocą barw, ujęć, misternie napisanych dialogów, a zwłaszcza, co staje się jego specjalnością, wysublimowanego, wariacyjnego powracania do motywów. Możemy być pewni, że ważne zdanie, ważny gest, czy ważne ujęcie pojawią się w dziele Johara po wielokroć, odmienione w delikatny i przemyślany sposób. Dzieła reżysera stają się w ten sposób bardzo muzyczne i nawet, gdyby je odrzeć z jakiejkolwiek fabuły, nadal byłyby wspaniałe, podobnie jak melodie z oper Wagnera pozbawione przypisanych im partii wokalnych i (co za tym idzie) treści literackiej. Jednakże sztuka wielkiego reżysera ma przy tym w sobie coś z pięknych i monumentalnych obrazów Davida (na przykład „Przysięga Horacjuszy”). Wszelkie środki są przeznaczone w niej przekazaniu mocnych i wyrazistych treści. Współzależność abstrakcyjności formy i wyrazistego przesłania, rzeczy trudnych zazwyczaj do pogodzenia, przesądza o szczególnym znaczeniu talentu filmowca. Jedyną rzeczą, której tym razem zabrakło jest choreografia Fary Khan, absencja uzasadniona umieszczeniem w roli głównej mężczyzny chorego na autyzm. Choć realizm nie jest istotną cechą sztuki indyjskiej (i nie tylko jej), to eksponowanie tańca przy budowaniu postaci niepełnosprawnego bohatera byłoby zapewne zbyt ryzykowne. Tym niemniej współpraca Fary Khan z Joharem przynosi zawsze tak rewelacyjne efekty, iż trudno nie żałować jej braku tym razem. Na szczęście wielkie trio filmowych kompozytorów (czyli Shankar – Ehsaan – Loy, współpracujący od dawna z Joharem) jest w „Nazywam się Khan” nadal obecne, zaś ich muzyka zachwyca, zwłaszcza gdy nawiązuje do tradycyjnych qawwali, czyli sufickich muzułmańskich pieśni ulicznych.
 
   Obok samego Karana Johara wielką atrakcją filmu jest powrót uwielbianej przez prawie wszystkich kinomanów pary kochanków jaką tworzą Shah Rukh Khan i Kajol, jedni z najznakomitszych aktorów (nie tylko w indyjskiej skali) rodem z Mumbaju. Tym razem owa filmowa reinkarnacja przynosi wiele nowego. Shah Rukh gra Rizwana Khana chorego na autyzm, co czyni jego rolę zupełnie inną od tych z „Żony dla zuchwałych”, czy „Coś się dzieje”. Kajol wciela się w dojrzałą kobietę po przejściach, choć Karan Johar celowo uczynił jej postać kontynuacją Anjali z „Coś się dzieje” i „Czasem słońce, czasem deszcz”. To zabieg celowy, związany z postulowaną przez reżysera swoistą metafilmową reinkarnacją postaci. Obok Mandiry granej przez Kajol i Rizwana – Shah Rukha, wszystkie role drugoplanowe są zagrane niemal równie znakomicie, co oczywiście przesądza o wybitnej jakości samego filmu.
 
   Co jednak zachwyca najbardziej? Moim zdaniem odwaga Karana Johara, który przeciwstawia się modzie na kozła ofiarnego XXI wieku, jakim staje się często muzułmanin. Filmowy Rizwan jest dobrym i jednocześnie pobożnym człowiekiem. Wielki wstrząs przynosi choćby scena, w której mieszkańcy małego amerykańskiego miasteczka modlą się po chrześcijańsku za ofiary ataku na WTC. Przychodzi Rizwan, który podobnie jak szejk saudyjski w Nowym Jorku daje hojną sumę na rodziny ofiar. Gdy podczas modlitwy zaczyna odmawiać fatihę (co Microsoft Word zmienił mi na „Fatimę” niemal natychmiast), ludzie z obrzydzeniem odsuwają się od niego. Autyzm bohatera służy tu celowej niewinności. Rizwan ma problem ze zrozumieniem zbiorowej nienawiści zbudowanej przez prasę i – bądźmy szczerzy – chęć „czucia się lepszym”, swoistą rozrywkę wielu „białych, poprawnych chrześcijan”. Nie rozumiejąc swojej roli „kozła ofiarnego” dla potrzeb „właściwie myślącej” większości, bohater filmu jest nadal sobą, co buduje wymowny i ogromnie istotny dla przesłania Karana Johara kontrast. Dlaczego piszę o odwadze Karana? Otóż i w Indiach nie brakuje nienawiści do mniejszości muzułmańskiej. Zdarza się, że giną ludzie. Samozwańczy „znawcy” Bollywoodu z Polski sugerują niekiedy, iż głównym zadaniem reżyserów mumbajskich jest przypodobanie się widzowi. Johar tego nie robi. Z pewnością nie każdy indyjski odbiorca doceni przesłanie filmu, wielu zaś wpisze filmy Johara na prywatną czarną listę. To samo dotyczy Shah Rukha – grając upośledzonego muzułmanina broniącego ujętych łagodnie koranicznych wartości aktor raczej straci niż zyska, jeśli chodzi o popularność. Jego rola może się nie spodobać wielu hinduistom, jak też i muzułmanom, gdyż film Karana Johara zwraca się z surową krytyką do ortodoksyjnych muzułmanów, którzy nie dopuszczają do mieszanych małżeństw swoich dzieci, lub czynią się „lepszymi” od wyznawców innych religii i ateistów.
 
   Krótko mówiąc – „Nazywam się Khan” to wspaniały film. Choć zachwyca, nie służy tylko rozrywce. To piękny przejaw odwagi, jaka rzadko się zdarza w świecie filmu, gdzie w grę wchodzą potężne pieniądze, oraz promocja przez nieobiektywne często media posiłkujące się zbyt prostymi hasłami. Mała ilość widzów w polskich kinach na pierwszych projekcjach „My name is Khan” świadczy o tym, iż nie jest najlepiej z odbiorem sztuki w naszym kraju. Całkiem możliwe, że brakuje nam odwagi samodzielnych sądów, za to wielu z nas z lubością powtarza opinie „znawców” o „indyjskim kiczu”.     

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese