Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
19.10.2018, godz. 01:31

Film 'Om Shanti Om' Fary Khan.

   Powstały w roku 2007 film „Om Shanti Om” jest już drugim dowodem na wybitny talent reżyserski jednej z największych bollywoodzkich choreografek – Fary Khan. Dzieło zasłużenie stało się w Indiach ogromnie popularne, zauważyli je też zachodni krytycy. Jednakże ich opinie nie oddawały sedna stylu reżyserki. Pojawiały się głosy o rozbrajającej, barwnej, mieszance typu masala, albo też o postmodernistycznym mruganiu okiem. Tymczasem najbardziej niezwykłym elementem stylistyki kinowej Fary Khan jest ukryty symbolizm, niezwykle wprost wyrafinowany, a nie przeszkadzający przy tym w odbiorze filmu prostym widzom. Ta cecha dotyczy ogromnej ilości filmów powstających w Mumbaju, jednakże Fara w „Om Shanti Om” i w „Jestem przy tobie” („Main Hoon Na”) osiągnęła w tym względzie prawdziwe mistrzostwo.
 

 

   „Om Shanti Om” w warstwie czysto fabularnej pokazuje dzieje miłości uwielbiającego film statysty Oma Prakasha Makhijy (gra go Shah Rukh Khan) zakochanego w wielkiej  gwieździe filmowej Shanti Priya (granej przez piękną debiutantkę Deepikę Padukone). W pierwszej części filmu dzieje się rzecz niezwykła – będący wbrew swym staraniom szarym i zupełnie anonimowym człowiekiem Om zwraca na siebie uwagę uwielbianej przez miliony fanów Shanti i odnosimy wrażenie, że zawiązuje się pomiędzy nimi liryczna relacja. Bohaterowi pomagają jego bliscy – matka grana przez Kirron Kher i bliski jak brat przyjaciel, którego gra Shreyas Talpade. Niestety, okazuje się, że Shanti ma męża, Mukhesha Mehrę, wpływowego producenta filmowego, którego gra wspaniale Arjun Rampal. Mukesh zmusza swoją żonę do trzymania ich związku w ukryciu, gdyż zamężne aktorki nie cieszą się tak wielkim zainteresowaniem widzów, jak ich wolne koleżanki. Akcja pierwszej połowy filmu dzieje się w latach siedemdziesiątych, a wtedy rzeczywiście fanowie wymagali od swoich filmowych gwiazd panieństwa, nie tylko zresztą w Indiach, ale w mniejszym lub większym stopniu na całym świecie. Film ze słodkiej komedii staje się nagle mocną w swoim wyrazie tragedią. Gdy Mukesh dowiaduje się, że jego żona jest w ciąży i jest zdecydowana ujawnić prawdę o ich związku, co zagraża jego osobistym planom liczonym w milionach dolarów, decyduje się spalić ją żywcem w opuszczonym studiu filmowym. Jednocześnie Om, który dowiedział się o statusie cywilnym swej ukochanej cierpi w niewyobrażalny sposób. O mrokach ciążących na małżeństwie Shanti dowiaduje się dopiero wtedy, gdy widzi ją w płomieniach, próbuje jej pomóc, lecz na próżno – giną obydwoje. Koniec pierwszej połowy „Om Shanti Om” należy do najbardziej wstrząsających i ponurych w świecie filmu, zadziwia mnie zatem swoista ślepota na ten fakt większości zachodnich krytyków i kinomanów. Budzący grozę dramatyzm pojawiający się nagle na tle łagodnej idylli stanowi szczególnie wyrazisty rodzaj ekspresji w sztuce. Na gruncie naszej kultury najbardziej znaną tego typu konstrukcją emocjonalną jest mit o Orfeuszu, gdzie scenę pogodnych i wesołych przygotowań do zaślubin herosa z nimfą Eurydyką przerywa nagle wieść o jej nagłej śmierci. Znakomicie wykorzystał ów dramatyczny mit jeden z wielkich twórców opery europejskiej – Claudio Monteverdi w swoim „Orfeuszu”.
 
   Druga połowa filmu wprowadza element nierealistyczny – Om odradza się w postaci Oma Kapura, stając się synem jednego z największych reżyserów, o czym marzył, gdy rozmawiał ze swoim przyjacielem w poprzednim wcieleniu. Odradza się w formie identycznej do tej utraconej, tak więc w XXI wieku znów przypomina dawnego kochanka Shanti. Nowe wcielenie realizuje wszystkie jego marzenia. Staje się megagwiazdą, dokładnie taką, jak grający go Shah Rukh Khan. Dzięki temu zabiegowi granica między filmem, a rzeczywistością zaciera się. Jeden z najwybitniejszych aktorów na świecie gra samego siebie. To podoba się oczywiście miłośnikom postmodernizmu na Zachodzie, i skłania ich do doszukiwania się innych wątków biograficznych związanych z SRK w filmie. Można by nawet rzec, iż są to wątki autobiograficzne, gdyż Shah Rukh Khan jest też producentem filmów Fary Khan, zaś reżyserka i choreograf podkreśla zawsze jego ogromny wkład w jej filmach, nie tylko aktorski. Ogólnie, w Indiach producent dość często bywa współreżyserem filmu, co często wychodzi mu na dobre (na zasadzie, co dwie głowy to nie jedna, zaś wielu producentów też było (lub jest) reżyserami, na przykład Karan Johar, czy Jash Chopra). Wracając do fabuły – pojawiają się w niej elementy opowieści niesamowitej. Odrodzony Om odwiedza przypadkiem spalony plan filmowy, w którym poprzednio zginął wraz ze swoją miłością (on – nieco później w szpitalu, ona – in situ). Objawia mu się duch Shanti i powoli zaczyna sobie przypominać swoje poprzednie życie. Kontaktuje się ze swoją byłą matką i przyjacielem. Razem planują zemstę na Mukheshu, która przebiega malowniczo i w końcu się udaje. Pretekstem do zemsty jest realizacja remaku niedokończonego za sprawą tragicznej śmierci Priyi filmu. Om Kapur odtwarza w filmie atmosferę lat siedemdziesiątych, znajduje też sobowtórkę Shanti mającą straszyć zbrodniarza i wymusić od niego przyznanie się do winy. Jak się okazuje, również prawdziwy duch dąży do zemsty na byłym mężu. Film kończy się sukcesem mścicieli, choć atmosfera nostalgii i niekiedy rozdzierającego smutku miesza się z komediowym portretem życia wielkiej gwiazdy – Oma Kapura. Ta mieszanka jest moim zdaniem jeszcze bardziej poruszająca niż zwykła tragedia, choć wymaga większej wrażliwości, aby ją odczuć. Przeszywający nastrój a la Watteau, swego rodzaju idylliczną rozpacz, buduje rzecz jasna wspaniała choreografia Fary Khan, będąca jak zwykle arcydziełem gatunku i w jej filmach wylewająca się daleko poza filmowe piosenki (z których niektóre raczej należałoby nazwać „pieśniami”), intrygująca muzyka duetu kompozytorów Vishala i Shekara, oraz poezja wybitnego poety Javeda Akhtara.
 
   Z pewnością niejeden zachodni odbiorca pomyśli „Zaraz, zaraz, ale ta reinkarnacja bohaterów w połowie filmu to chyba jednak jest kicz, czyż nie? Jak można tak budować fabułę?”. Na taki zarzut można odpowiedzieć pytaniem – „A czy dajmy na to, „Mistrz i Małgorzata” Bułchakowa nie jest kiczem, czy to w formie oryginału, czy też filmowej adaptacji?”. Fara Khan wyrasta z kultury budowanej głównie przez hinduizm i islam. Ma zatem prawo z niej skorzystać, podobnie jak wyrastający z kultury prawosławia Bułchakow miał prawo zapełnić swoją powieść dialogami Piłata z Joszuą i uczynić jej bohaterem Mefistotelesa przefiltrowanego przez twórczość muzyczną Berlioza. Tak więc owa reinkarnacja nie jest kiczem, lecz efektem działania umysłu twórcy wyrastającego z innej kultury. Mogę tylko dodać, że z perspektywy ateisty Fara Khan powołuje się na krąg wierzeń z których wyrasta w sposób dużo lżejszy i bardziej uniwersalny, niż Bułhakow, czy choćby Kieślowski w kiczowatym moim prywatnym zdaniem cyklu filmowym „Dekalog”. Bo cóż choćby znaczy w „Nie miej bogów przede mną” historyjka o matematyku który na komputerze wyliczył, iż lód się nie załamie pod nogami syna i ostateczna kulminacja fabuły w postaci załamania się lodu? Czy to, że Windows Vista sprawia, iż mój laptop ładuje się z prędkością maszyny parowej oznacza, iż bóg istnieje…?
 
   Film „Om Shanti Om” wymaga zatem pewnej znajomości kultury Subkontynentu od osób, które pragną się o nim wypowiadać na płaszczyźnie polemicznej i intelektualnej. Kinomana, któremu starczą za wyznacznik jakości odbioru sztuki niezwerbalizowane emocje, ów wymóg nie dotyczy. Rasy, wyrafinowane stany emocjonalne, są sednem indyjskiej estetyki i jeśli ktoś ma do niej klucz w postaci własnej wrażliwości, czyni go to znakomitym odbiorcą, choć nie najlepszym recenzentem. Wróćmy jednak do krainy gdzie oceny i analizy mają jakieś znaczenie. Wśród osób nie mających wielkiego pojęcia o kulturze Indii jako liczącej sobie tysiąclecia całości (a do tego grona należy też wielu indyjskich emigrantów i zanglicyzowanych Hindusów, do nich też jest adresowana anglojęzyczna prasa Kraju Bharatów), miłośnikami „Om Shanti Om” stają się niekiedy zadeklarowani postmoderniści. Film Fary Khan stanowi bowiem film o filmie, roi się w nim od nawiązań, aluzji, mrugnięć okiem. Reżyserka wprowadza nawet do akcji wycięte kadry z lat 70 – ych, wpasowując je do swojej choreografii w piosenkach. Filmowa Shanti zaleca się zatem w sekwencjach tanecznych do postaci wyciętych umiejętnie z dawnych filmów, a na wręczenie nagrody Omowi Kapurowi zlatuje się cały Bollywood i doprawdy nie wiemy, kto przybył naprawdę, a kto został zacytowany z innych filmów za pomocą wyrafinowanych technik komputerowych. W samym wręczeniu nagród rzeczywistość miesza się ze światem filmu, czujemy, iż Om Kapur jest tak naprawdę Shah Rukhiem Khanem i gubimy się w domysłach, gdzie kończy się swoisty reportaż, a zaczyna fikcja. O wysokiej kulturze aktorów bollywoodzkich świadczy fakt, iż potrafią oni żartować z budowanych z pietyzmem karier i składać w ten sposób hołd kinu jako takiemu, oraz jego współczesnemu królowi – Shah Rukhowi Khanowi. Jednakże i sam SRK zadziwia ogromną skromnością, z jaką gości w swoim filmie kolegów. Postmodernizm „Om Shanti Om” objawia się też w ten sposób, iż medialne megagwiazdy wchodzą nagle na ekran filmu w dosłowny sposób i przeczą temu, co czyni z nich rynek. A, żeby było zabawniej, przecząc – potwierdzają. Pojawia się swoiste zapętlenie. Nic zatem dziwnego, iż dla fanów postmodernizmu „Om Shanti Om” może być swego rodzaju perełką, jednakże to nie wszystko, film ma znacznie ciekawsze drugie dno.
 
   I tu wreszcie mogę przejść do sedna mojej recenzji, której długość wynika z chęci wyjaśnienia krok po kroku różnych zjawisk obecnych w omawianym arcydziele. Otóż film jest przede wszystkim ofiarą złożoną sztuce filmowej. Ofiarą w sensie politeistycznym. Pierwsza piosenka „Om Shanti Om” z przyspieszającym rytmem to typowa struktura pudży, ofiarowania bóstwu. Tym, co jest ofiarowane, są sami filmowcy (Fara Khan gra w tej scenie). W następnych odsłonach filmu dowiadujemy się, iż chodzi o upaniszadowego brahmana, którego wyraża święta głoska „om” będąca jednocześnie nazwą jednej z najsławniejszych indyjskich wytwórni filmowych, co też jest w dziele Fary podkreślone. W świetle hinduizmu najczęstszym przewodnikiem do doznania bezosobowej jedności ze wszystkim jest bóg Sziwa. Sziwa ma swoją szakti, żeńską moc, albo też szakti ma swojego Sziwę (w zależności od poglądów wyznawców). Jedną z najbardziej znanych historii dotyczących Sziwy i szakti, czyli jego małżonki Parwati/Kali/Durgi/Tary jest spłonięcie jej na stosie za honor męża, lub też za ład świata. W filmie ową shakti jest Shanti Priya. Gdy Om się odradza widzimy z nim piosenkę, w której ma być bezrękim, niemym kadłubem. W warstwie czysto fabularnej jest to chęć współpracy z zupełnie szalonym reżyserem, który zażyczył sobie w filmie absolutnie kalekiego bohatera – bez rąk, bez nóg, niemego i co tam jeszcze… Słowo „kicz” aż się ciśnie na usta, choć postmoderniści wybronią Farę mówiąc o mruganiu okiem. Tymczasem jeden z najbardziej znanych aforyzmów związanych z kultem szakti brzmi „Bez Shakti Sziwa jest tylko MARTWYM KADŁUBEM”. Dyskotekowa piosenka zatytułowana „Bolesne Disco” z pewnością musi być szokująca dla wielu zachodnich odbiorców. Pomimo mistrzostwa choreografii dostrzegają oni przede wszystkim kilka kadrów, gdzie jest prezentowana goła klatka piersiowa Shah Rukh Khana na którą leje się woda. Lecz, jeśli się pomyśli o tym, że może chodzi o coś więcej, warto jeszcze raz przysłuchać się  i przyjrzeć uważnie piosence. Wtedy miarowy i prymitywny rytm będzie mniej szkodził w słuchaniu umiejętnych przetworzeń melodii, zaś w samej choreografii i w „reklamie dezodorantu” (z tym się kojarzy „znawcom” goły tors aktora) dostrzegą oni przepastny splot znaczeń filozoficznych i sporo tragizmu. Choć inne filmowe piosenki są znacznie mniej kontrowersyjne od strony melodycznej i choreograficznej, „Bolesne Disco” to kulminacja węzła filmowych nastrojów i – moim zdaniem – jeden z największym momentów w kinematografii światowej. Odczytywanie ukrytych znaczeń z „Om Shanti Om” stanowi ogromną przyjemność intelektualną, dlatego poprzestanę na tym przykładzie, zaś wszystkich chętnych zapraszam do samodzielnej pracy. Tak się szczęśliwie składa, że jako pomoc mogę zaoferować mój esej o Indyjskiej Bogini Matce znajdujący się w dziale „Filozofia i Religia” www.hanuman.pl .
 
   „No dobrze” – stwierdzi zapewne niejeden zachodni kinoman – „może i jest tu cały ten ukryty symbolizm, ale co z tego…? Czy ja muszę studiować indologię, żeby docenić film? Czy film raczej nie powinien mówić sam za siebie? A nawet jakbym znał mitologię indyjską od A do Z, to czy sztuka polega na rozwiązywaniu rebusów?”. Jeśli chodzi o znajomość kontekstu, to każda sztuka go wymaga. Kontekst kultury, z której pochodzimy, znamy intuicyjnie. Mamy na przykład film, gdzie siedzi jakiś brodaty jegomość i nagle jakaś ładna kobieta myje mu stopy włosami. Takie dzieło nie musi być wcale religijne, ale wiemy, że reżyser chciał nawiązać w jakiś sposób do sceny z Jezusem i Marią Magdaleną, choćby rozważając pozycję kobiety w kulturze i poruszając zagadnienia feministyczne. W ten sposób przekazuje nam on na skróty tysiące znaczeń, które pragnie wykorzystać w filmie. Jeśli obok takiej symbolicznej sceny pojawią się inne, mamy do dyspozycji wielkie bogactwo znaczeń i powiązań, w którym możemy wybierać. Sztuka operująca symbolami staje się otwarta, choć wymaga więcej od odbiorcy. Coś za coś… Natomiast jeśli chodzi o zagadki, to przecież każda sztuka tak naprawdę jest syntezą pewnych elementów znanych z otoczenia. Syntezą i ich nowym uporządkowaniem. A to zawsze wymaga odrobiny zgadywania. Twórca lubiący symbolizm ukryty idzie jedynie krok dalej w tym kierunku, dając nam jeszcze więcej, ale też wystawiając naszej percepcji wyższy rachunek. Cała rzecz się zmienia, gdy mamy zamiar oglądać jego dzieło więcej, niż jeden raz, do czego w przypadku wspaniałych filmów Fary Khan gorąco zachęcam… Największe mistrzostwo w sztuce stanowi powiązanie treści trudnych intelektualnie z elementami, które są łatwo dostępne każdemu. Wielcy indyjscy artyści są z pewnością mistrzami w tej dziedzinie. Warto się od nich uczyć.
 
     

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese