Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
17.12.2018, godz. 08:50

Bollywoodzka odsłona III Dni Indyjskich. Relacja.

14 maja 2010 roku odbył się we Wrocławiu pierwszy dzień Dni Indyjskich. Był on niemal w całości poświęcony mumbajskiej kinematografii. Miejscem akcji była Aula Instytutu Historii U.Wr., oraz oczywiście sala kinowa, czyli DKF mający swoją salę w gmachu głównym Politechniki Wrocławskiej. Dzień poświęcony sztuce filmowej rodem z Mumbaju uświetnili goście spoza Wrocławia, znakomici znawcy tematu – indianistka i filmoznawca Tatiana Szurlej, autorka między innymi artykułu „Trylogia żywiołów Deepy Mehty” ze zbioru „Nie tylko Bollywood”, oraz Krzysztof Lipka – Chudzik, twórca (obok wielu innych dokonań) pionierskiego dzieła „Bollywood dla początkujących”. Nieco nieskromnie dołączyliśmy do tego zacnego grona w postaci niżej podpisanego i znanej już czytelnikom portalu hanuman.pl Kai Bryx. Wykłady i wspólna debata ukazały nam, iż Bollywood to niezwykle złożony temat, dlatego zachęcam do dalszego ciągu relacji, w której nie oprę się pokusie umieszczenia licznych subiektywnych rozważań, do jakich zainspirowało mnie to niezwykłe wydarzenie. Za subiektywizm oczywiście wszystkich uczestników z góry przepraszam, z pewnością pominąłem wiele rzeczy na których im szczególnie zależało, jak i też wyolbrzymiłem rzeczy z ich punktu widzenia marginalne.


 

 
  
 
   Zanim zrobiło się zupełnie filmowo, całe Dni Indyjskie otworzyła swoim wykładem profesor Joanna Sachse, będąca jednym z najwybitniejszych indologów w powojennej Polsce. Jej prelekcje, wygłaszane znakomitą polszczyzną, zaraziły miłością do kultury indyjskiej niejedną osobę, zaś tłumaczenie ważkiej dla kultury kraju Bharatów „Bhagavadgity” z 1988 roku oraz równie istotnej „Meghaduty” Kalidasy z 1995 roku cechuje wysokiej klasy artyzm. Tym razem pani profesor wygłosiła przemówienie natury ogólnej, znakomicie osadzające w starożytnej tradycji współczesne Indie, które odgrywały w III Dniach Indyjskich główną rolę. Ogromnie intrygującym elementem tej prelekcji było podważenie wciąż popularnego na Zachodzie dogmatu o pesymizmie indyjskiej filozofii i – co za tym idzie – spojrzenia na życie. Ucieszyłem się z tego ogromnie, gdyż afirmacja istnienia stanowi jedną z głównych zalet indyjskich filmów. Profesor Joanna Sachse zauważyła, iż dla hinduisty każda, nawet bardzo drobna czynność stanowi swego rodzaju modlitwę, czy też medytację nad tym co się czyni. To umiłowanie szczegółów ma też ogromne znaczenie w filmach. Warto je wydobywać, nawet jeśli ogólna fabuła realizuje powtarzalny niekiedy model. Wykład zakończyło przywołanie ikonicznej dla współczesnych Indii postaci Mahatmy Gandhiego, która stała się oczywiście etosem powracającym w mniej lub bardziej dosłowny sposób do wielu indyjskich filmów. Całą prelekcję przepoiły dwa pojęcia – satji, czyli „prawdy” i ahinsy, czyli „niekrzywdzenia”. Profesor Sachse udało się w krótkiej formie ująć niezwykłość tych idei – ahinsy obejmującej nie tylko nasz gatunek, lecz wszystkie zwierzęta i satji wykraczającej poza zwykłą prawdomówność, a polegającej na ciągłym „byciu w zgodzie z prawdą”, co jest nie lada filozoficznym wyzwaniem. Z mojej, laickiej perspektywy jedyną, drobną wobec wielu zalet, wadą tego wstępu były zbyt mocne odwołania do wiary, którą – moim zdaniem – powinno się zostawiać w przestrzeni prywatnej.
 
   Po tej pięknej uwerturze współorganizatorka Dni Indyjskich, Marta Zienkiewicz zapowiedziała Kaję Bryx, bez której starań również Dni nie miałyby miejsca. Filozoficzna atmosfera zasugerowana przez panią profesor znalazła w wykładzie Kai swoją kontynuację, co z pewnością mogło być kontrowersyjne dla niektórych słuchaczy, gdyż nie mówiliśmy już o „Mahabharacie” i Mahatmie Gandhim, lecz o mumbajskich filmach. Ta kontrowersja jednakże istnieje tylko pozornie i być może warto się od niej uwolnić. Kino już od dawna zostało uznane za sztukę, zaś sztuka ma to do siebie, że nie stroni od poruszania głębokich tematów w filozoficzny sposób. Czasem mam wrażenie, że jako ludzie Zachodu bronimy wyłączności naszego kina, i o ile ktoś spoza naszego świata nie nawiąże do naszego toposu, tak jak na przykład wielki japoński reżyser Akiro Kurosawa, inspirujący się między innymi Szekspirem, nie chętnie dajemy mu wizę do krainy artystów. Tymczasem sztuka nic sobie nie robi z naszych zachodnich wiz… Kaja w swoim wykładzie poruszyła dwie ogromnie ważne kwestie, które z pewnością warto rozwinąć do formy długich pisemnych wypowiedzi. Obydwie dotyczyły odrębności estetyki indyjskiej obecnej również w filmach bollywoodzkich. Pierwszą z nich był politeizm, na jakim bazuje kultura Subkontynentu, zjawisko podobne do wiary Starożytnych Rzymian czy Greków. Powołując się na pojęcie „muzeum wyobraźni” stworzone przez Malraux, prelegentka zauważyła, iż ów politeistyczny fundament nie jest wyłącznie kwestią religijności indyjskiego twórcy. Jest to po prostu zbiór znaczeń, symboli, zachowań etc., który trwa w danej cywilizacji. Nawet, gdy chcemy go odrzucić, musimy polemizować akurat z nim, a nie ze światem wyobrażeń zachodniego chrześcijanina, czy wyznawcy vodoo z Karaibów. Na przykład pierwsi wzmiankowani indyjscy ateiści, z którymi – być może – polemizował Budda, nie odrzucali doktryny reinkarnacji. Reinkarnacja w owych czasach, gdy nie było jeszcze Darwina ani nawet Kartezjusza, nie była pojmowana jako element wierzeń. Był to ogólnie przyjęty element modelu rzeczywistości, do dziś zresztą możemy się zastanawiać, czy dziedziczenia genów nie można nazwać swego rodzaju reinkarnacją, bez żadnej oczywiście duszy, czy też atmana (to też nie do końca to samo) między białkowymi trybikami. Już z „Natyashastry” Bharaty, najstarszej indyjskiej rozprawy o sztuce teatru wynika, że cały świat hinduisty wypełniony jest różnymi siłami, które osoba wierząca nazwie bogami, zaś ateista mocami natury. W cywilizacji indyjskiej człowiek nie jest zatem czymś szczególnym wyciętym z tkanki rzeczywistości, która staje się w ten sposób tłem, tak jak w mentalności chrześcijańskiej i prochrześcijańskiej. Człowiek jest częścią rzeczywistości. Ona nie kończy się, ani nie zaczyna na jego skórze i pomysłach. Dlatego bogowie indyjscy nie są adresowani do człowieka w taki sposób, jak choćby judeochrześcijańscy mesjasze i prorocy. Oni – zdaniem wielu hinduistów – istnieją sami dla siebie, bawią się ze sobą (idea lili – boskiej zabawy), zaś człowiek musi zwrócić ich uwagę. Obywatel Indii odrzucający religię dominującą na Subkontynencie też będzie najczęściej miał wrażenie, iż świat dzieje się sam, zaś on może podążać z jego nurtem mądrze, lub głupio. Nie jest jednakże tego nurtu panem, ani współwładcą. To – jak znakomicie zauważyła Kaja – ma wpływ na fabułę filmów. Pewne elementy fabuły budowane są w nich nie na zasadzie linearnej, lecz raczej plastycznych symetrii. Więzy karmiczne, swego rodzaju sznurowadła losu, gdy są pociągnięte z jednej strony, muszą odpowiedzieć z drugiej. To wytwarza pewne elementy, które z perspektywy zachodniego odbiorcy są niespójnościami fabuły. Widzimy na przykład, że relacja wobec jednej matki musi sprawić, iż bohater będzie musiał się zetknąć z inną matką i w innym kontekście powtórzyć swój gest, dobroczynny, lub złowrogi. Tego typu przykłady dają nam filmy tandemu Roshanów, takie jak „Karan Arjun”, czy „Koyla”. Ich bohaterzy są uwięzieni w swego rodzaju pajęczynie powiązań. Im bardziej pogłębiają swoje postawy, tym bardziej sieć się lepi i zagęszcza. Girlandy rzucone z pogardą na opłakującą swoich synów matkę wrócą do zabójcy. Rzeczy, motywy i zdarzenia pełnią funkcję swego rodzaju bumerangów. Nie można niczego tak naprawdę odrzucić od siebie. Rzeczywistość indyjskiej sztuki (w tym filmu) jest tłoczna i duszna, choć ta duchota jest piękna. Każda pora dnia, każde miejsce ma swoich geniuszy. Nic nie jest neutralne. Gdy to zrozumiemy, łatwiej nam będzie zaakceptować częstszą powtarzalność generalnych modeli fabularnych w sztuce indyjskiej (nie tylko w filmie). Czas w Indiach nie jest linearny, lecz cykliczny. Lecz – jak zwróciła uwagę Kaja – istnieją różne cykle. Wielkie i małe. Udana bollywoodzka fabuła to staranna kompozycja takich pierścieni. Tutaj przechodzimy do drugiego punktu postulowanego przez Kaję Bryx. Otóż na film bollywoodzki można patrzeć jak na malarskie płótno. Mamy do czynienia z płaszczyzną, którą zapełniamy plamami barwnymi o określonym odcieniu, kształcie i natężeniu. Do owych plam należy motywiczna budowa modułów fabuły (jakże to podobne do tańca, choćby bharatanatyam…), jak i piosenki (tudzież dość często „pieśni”) z ich choreografią. Zwłaszcza elementy muzyczno taneczne wyrażają najistotniejszą cechę owych zestawianych jakości – czyli ich katarktyczny nastrój. Wymieńmy choćby shringara rasę – czyli miłość, która przenika odbiorcę, wdziera się weń bez troski o uszczegółowienie osobowości, albo veer rasę, czyli męstwo, poczucie heroizmu, gniewu, który jednakże nie przywiązuje wagi do owoców czynu (jak postuluje Bhagavadgita). Piosenki – postuluje Kaja – są ogromnie istotnym i wartościowym elementem kina bollywoodzkiego.
 
    Po Kaji Bryx przyszła kolej na wykład Tatiany Szurlej zatytułowany „Piosenki w Bollywood. Irytujący dodatek?” i okraszony przykładami z trudnych do zdobycia, nawet w Indiach, filmów. Takich przykładów zabrakło nieco w prelekcji Kaji, co mogło osłabić uwagę niektórych słuchaczy. Ciężko mi stwierdzić, czy to źle, czy dobrze. Ocena filmów z Mumbaju to, jak się okazuje, bardzo trudny temat. Przekonałem się o tym ponownie słuchając Tatiany Szurlej, której artykuł o Deepie Mehcie zrobił na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Tym razem krakowska badaczka starała się położyć silny nacisk na stricte pragmatyczne źródła obecności piosenek w filmie bollywoodzkim. Zwróciła uwagę na antyerotyczną cenzurę wciąż jeszcze ciążącą na reżyserach indyjskich. Zauważyła, iż piosenki mają za zadanie przemycenie zmysłowości w miejsce niedozwolonych pocałunków i scen łóżkowych. Wymieniła tak zwane „item numbers”, gdzie dla rozgrzania nastroju nie występujące poza tym w filmie specjalnie śmiałe aktorki wiją się nader zmysłowo rozgrzewając serca męskiej publiczności. Za czołowy przykład posłużyła piosenka Mehbooba ze sławnego filmu Sholay z lat siedemdziesiątych. Następnie Tatiana Szurlej zauważyła, iż piosenki są wydawane obecnie przed filmami i ich sukces przesądza o sukcesie produkcji. Później za przykład posłużyły filmy z wyjątkowo rozbudowanymi sekwencjami taneczno – muzycznymi, takie jak „Awara”. Byłem pod ogromnym wrażeniem znajomości codzienności indyjskiego życia filmowego, jaką posiadła prelegentka. Anegdoty, przedstawiane w barwny i wciągający sposób, sprawiały mi prawdziwą przyjemność. Tatiana Szurlej zakończyła swój wykład nieco szokującą tezą – która brzmiała „filmy są tworzone dla piosenek”. W mojej głowie pojawił się mętlik – z jednej strony mamy piosenkę jako wytrych dla tego co zakazane w fabule, z drugiej piosenka staje się ważniejsza od fabuły. Czysta matematyka chaosu! Albo perpetuum mobile… Tym niemniej w tym szaleństwie tkwiła pewna metoda. Każdy kto był w Indiach musiał widzieć niemożliwy chaos, który jednak funkcjonuje, zaś niekiedy błyszczy arcydziełami geometrycznej precyzji, takimi jak geniusz Ramanujana, pobudzające wyliczenia filozofów sankhji, czy – jakże by inaczej – Taj Mahal. Później, w rozmowach przy obiedzie, przekonałem się, że za poglądami Tatiany Szurlej tkwią jeszcze bardziej niezwykłe i rozwinięte przemyślenia. Po pierwsze przesympatyczna krakowska badaczka lubi postmodernizm zawarty (moim zdaniem – „między innymi”) w filmach Fary Khan, taki jak „Jestem przy tobie” i „Om Shanti Om” (moje zdanie na temat tego filmu wyraziłem w osobnej recenzji na hanumanie.pl). Po drugie Tatiana Szurlej broni sztuki „po prostu rozrywkowej”, nie w pełni podzielając moje i Kai dopatrywanie się filozofii w filmach powstałych – jej zdaniem - głównie dla zabawienia odbiorcy. Hm… Różnorodność opinii nadaje sens rozmowom, ale też nie tak łatwo ustąpię pola Tatianie Szurlej, a mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz przy okazji indyjskiej kinematografii. Wydaje mi się, że pragmatyczne przyczyny można niekiedy wiązać z artystycznymi. Mamy choćby muzykę ograniczoną w pragmatyczny sposób możliwościami naszego zmysłu słuchu. Być może niekiedy piosenki służą przemyceniu seksualności, albo po prostu wystąpieniu w filmie znanego aktora. Ale też w wielu dziełach filmowych mają one ważki artystyczny sens, nawet „item numbers”. Na te ostatnie zwróciłem uwagę w późniejszej debacie, gdzie przytoczyłem przykład pierwszej piosenki z „Dil Se”, gdzie raczej nie chodziło o brzuch aktorki tańczącej na pociągu, lecz o mocny wstęp do opowieści traktującej o wzajemnym unicestwieniu pierwiastka żeńskiego i męskiego. W tej uwerturze zbyt wczesna obecność głównej bohaterki filmu psułaby stopniowo narastający, wspaniały od strony estetycznej, nastrój.
 
    Trzecim wykładowcą był Krzysztof Lipka – Chudzik. Swoje wystąpienie zatytułował „Powrót po własnych śladach. Filmy sprzed lat drogowskazem dla współczesnego Bollywoodu”. Zanim zaczął mówić, powołał się z ogromną skromnością na brak doświadczenia w publicznych przemowach. Całe szczęście, że był ostatni, gdyż mówił w sposób potoczysty i pasjonujący i z pewnością mógłby zawstydzić innych, którzy mówili skądinąd bardzo ładnie. Obok znakomitej formy wypowiedzi wszystkich urzekła niesamowita erudycja autora „Bollywoodu dla początkujących”. Krzysztof Lipka – Chudzik przywołał prawie nieznane w Polsce filmy z różnych okresów istnienia kina bollywoodzkiego, znakomicie i przejrzyście ukazując nam tendencje estetyczne panujące w różnych okresach jego rozwoju. Omówił dokonania najwybitniejszych aktorów przeszłości, a także lubiane przez wielu fanów kina pozaekranowe przygody gwiazd, dramatyczne niekiedy romanse itd. Wykład jednak nie osuwał się w żadną tanią sensacyjność. Dawało się odczuć, iż Krzysztof Lipka – Chudzik żywi ogromny szacunek dla dawnych filmów indyjskich rodem z Mumbaju, choć nie stara się w nich szukać daleko idącej filozofii. Podziwia raczej grę, warsztat, różne pomysły, w tym – jakże często niesłusznie pomijanych – kamerzystów. W jego głębokim spojrzeniu na filmową formę jasne się stały różne indyjskie nawiązania do kina światowego, w tym nawet do Davida Lyncha, który – choć głęboko mnie rozczarował rażącym prostactwem swojej własnej, okraszonej morzem symbolizmu filozofii w „Inland Empire” - to jednak warsztat miał i ma jak się patrzy! Bardzo mnie ucieszyło tak wnikliwe, warsztatowe spojrzenie na świat bollywoodzki i z pewnością będę stałym nabywcą książek i opracowań Krzysztofa Lipki – Chudzika. Jego prelekcję najtrudniej mi streścić i okrasić własnymi trzygroszówkami. Muszę po prostu wszystkich z przekonaniem odesłać do księgarń, gdzie znajdą książkę jego autorstwa – „Bollywood dla początkujących”.
 
   Debatę poprzedziła przerwa na obiad, która też do pewnego stopnia stała się debatą. Nie omieszkałem się ująć za nowszymi filmami, które Krzysztof Lipka – Chudzik ocenia znacznie niżej niż te u nas mało znane. Faktem jest, iż tęsknota za dawnym kinem przejawia się w wielu nowych filmach, takich jak „Om Shanti Om”, czy „Rab Ne Bana Di Jodi”. Lecz z drugiej strony jak mógłbym postawić uwielbiany nie tylko przez Lipkę – Chudzika, ale i przez bardzo wielu Hindusów film „Sholay” ponad „Asioką”, czy „Dil Se” na przykład? A co z filmami Karana Johara? Tu dopiero mamy kontrowersje. Dla jednych to wcielenie kiczu, dla innych – w tym dla mnie – naprawdę dobre kino (polecam moją recenzję „Nazywam się Khan” na hanuman.pl). Z kolei Tatiana Szurlej zwróciła moją uwagę na fakt, iż być może niepotrzebnie staram się ująć w niezwykłe ramy kino rozrywkowe. Co w tym złego, że jest rozrywkowe? „Ale czy tylko?” – musiałem od razu zapytać się w myślach. Łatwo stwierdzić, że „zdarzają się wyjątki”, ale ja ich widzę bardzo dużo. W zasadzie lubię same wyjątki. Jedne z nich są ewidentne, jak choćby „Dil Se”, który chyba dla każdego wrażliwego odbiorcy nie służy tylko rozrywce. Inne już nie są tak ewidentne – choćby filmy Fary Khan i Karana Johara – czy służą tylko rozrywce? Czy nie myli nas piękna afirmacja świata zawarta w sztuce Subkontynentu, a tak śladowo obecna w kulturze Zachodu? Mało mamy sztuki wesołej i pogodnej, którą chcielibyśmy nazywać „sztuką wysoką”. Ale czy jest to zasada pancywilizacyjna? Muszę przyznać, że przemyślane uwagi i pytania Tatiany Szurlej skłoniły mnie do interesujących rozważań, które nieprędko wydadzą owoce, gdyż nie są to wcale proste sprawy. W mikroskali kontrast pomiędzy sztuką a czystą rozrywką jest łatwiejszy do uchwycenia. Wśród znajomych słynę z tego, że bronię jak lew muzyki klasycznej i szczerze nie cierpię radiowej papki, przy której tak wielu z nas się bawi. Ale tak jest w przypadku Zachodu. Tymczasem, choć uwielbiam hindustani sangeet, nie rażą mnie udane piosenki bollywoodzkie. Jednej rzeczy jestem pewien – żaden popowy, czy rockowy wyj nie ma ani promila głosu Ashy Bhosle i wielu innych śpiewaków i śpiewaczek bollywoodzkich. Podobnie mało który „kompozytor” rockowy czy popowy ma cokolwiek wspólnego z A.R. Rahmanem, czy triem Shankar – Ehsaan – Loy. A zatem przynajmniej pod tym względem relacja pomiędzy komercją a artyzmem jest w Indiach nieco inna niż u nas. Kazik, Sting, czy Madonna nie mają głosu Ashy Bhosle, ani gustu A.R. Rahmana (co nie znaczy oczywiście, iż każda kompozycja tego ostatniego zasługuje na pochwały). Być może tą drogą można też objąć ewentualną dychotomię artyzmu i komercji w traktowanych jako całość dziełach bollywoodzkich, czyli tworach złożonych z muzyki, fabuły, choreografii. Jest dla mnie absolutnie oczywiste, iż wiele dzieł z Hollywood to czysta komercja mająca plastikowo – hamburgerowy posmak. I z czymś takim kontrastują jak najbardziej dzieła Jarmusha, czy Wanga (Lyncha już niekoniecznie…). Istnieją też w samym Hollywoodzie twórcy ambitniejsi – ciężko przecież uznać za chłam wszystkie filmy Scorsese, czy nawet Spielberga. Tym niemniej Bollywood znacznie rzadziej smakuje jałowością, znacznie rzadziej wciska we wszystko problemy dzieci z rozbitych małżeństw, które godzą się z losem przy popcornie okraszonym efektami komputerowymi i żartami z podręcznika o startych od ciągłego użytkowania kartach. Obecne w wielu filmach bollywoodzkich wesele nie ma z pewnością posmaku naprawiania złego małżeństwa w samolocie lecącym nad rozpadającą się Ziemią w „2012”. Czegoś takiego w bollywoodzie nie ma. Wesele jest też niemal zawsze u Szekspira i to nic złego. To rozległy temat, nie taki jak amerykańska „swojskość po pracy”. Brr…
 
   Kolejnym orzechem do zgryzienia, jaki dały mi dyskusje z wybitnymi znawcami kina Indii, było pytanie o doszukiwanie się symbolicznej głębi w dziele sztuki. Twórca tej metody, Panofsky, w pewnym momencie załamał się obserwując poczynania swoich epigonów. Taka na przykład wygięta fasada barokowego kościoła stawała się w ich odczuciu „symbolem biblijnego potopu”. Równie dobrze każde kwadratowe okno powinno być symbolem stoickiej figury doskonałej, zaś każdy szklarz drugim Seneką. Oczywiście głębia jest obecnie niemodna. Choć spotkania z papieżem i głowami wielu innych religii (w 100 lat po Darwinie) są wszem i wobec głębokie, uduchowione, itd., to doszukiwanie się głębi w sztuce jest już nieładne. No chyba, że ktoś wystąpi przed jakimś przywódcą religijnym, ale wygrzebie kodeksy z jakiegoś klasztoru. Wtedy już jest głęboko… Gdy byłem w Indiach, ucieszyło mnie pojmowanie sztuki jako swego rodzaju laickiej głębi, nie żyjącej autorytetem świętych tekstów, ale swoim własnym światem, moim zdaniem bardziej uczciwym i prawdziwym. Sztuka sama musi walczyć o swój autorytet, gdyż niczego nie obiecuje. Wręcz przeciwnie – trzeba jej poświęcić czas i pieniądze, zaś otrzymuje się „tylko” doznanie estetyczne, żadnych innych obietnic, zwłaszcza eschatologicznych. Artyzm to teraz problemy tożsamości, gender, wspomnienia jednostki z Lwowa czy Katmandu. A raczej tak chce się go widzieć, gdyż – moim zdaniem – ani na Wschodzie, ani na Zachodzie nie brakuje wielkich artystów. Lecz wróćmy do Panofskiego. Otóż, twórca analizy ikonograficznej, znudzony poczynaniami swym apologetów poddał analizie silnik spalinowy. I oczywiście, z ogromnym przymrużeniem oka wyczytał z niego wszystko, co tylko mu na myśl przyszło. Już choćby sama liczba cylindrów – weźmy trzy – no to mamy jakąś triadę, mającą znaczenie w wielu filozofiach i religiach, albo cztery, czy pięć – też się coś oczywiście znajdzie. Kształt – koło jest figurą doskonałą, w połączeniu z liczbą znaczy to i tamto… i tak dalej. Piękne ostrzeżenie dla nadgorliwców. A jednak urzeka mnie wieloznaczność wielu bollywoodzkich filmów. Owa wieloznaczność nie musi być wcale w pełni świadomie użyta. Starczy intuicyjne dopasowanie elementów. Tego typu złożoności istnieją w zasadzie w każdym cenionym dziele sztuki. Niekiedy artysta nie zdaje sobie sprawy z tego, że – na przykład - drzewo kojarzy mu się z życiem, a jednak używa go jako symbolu życia. Nazywa się to wtedy natchnieniem, ale biologia może to wyjaśnić funkcjonowaniem naszego mózgu. Większość jego działań dociera do nas tylko i wyłącznie w formie gotowych formuł, albo wcale. Gdy coś tworzymy, zostawiamy w materiale ślady nie tylko tego, co rzeczywiście zaplanowaliśmy. Wielu artystów wręcz potęgowało ten efekt, a jednak w ich dziełach widać wciągające i trzymające się wewnętrznego sensu opowieści. Film bollywoodzki to prawdziwie grupowe dzieło. Mamy nie tylko filmowców w naszym rozumieniu tego słowa, ale też poetę, lub poetów, choreografa, kompozytora piosenek etc. Ci wszyscy ludzie inspirują się nawzajem i powstają niekiedy zupełnie przypadkowo bardzo złożone konstrukcje logiczno – emocjonalno – estetyczne. W zasadzie nigdy nie wiadomo, na ile świadomy był ich główny twórca, zazwyczaj reżyser. Ale nie należy zakładać iż zawsze będziemy drażnić cienie Panofskiego zakładając, iż wśród mumbajskich filmowców znajdują się osoby naprawdę świadome tego, co czynią. Z drugiej strony pojmowanie sztuki indyjskiego kina jedynie przez pryzmat tendencji socjologicznych też jest bardzo ryzykownym zawłaszczeniem rzeczywistych podstaw tworzenia. A to w dużej mierze odcisnęło się piętnem na książce „Nie tylko Bollywood”.  
 
   Nieprzypadkowo ukazałem tę burzę własnych myśli, która mam nadzieję, że nie będzie dla wszystkich nudna i dziwaczna. Gdy zasiadłem do debaty natychmiast spostrzegłem, że sztuka, o której przychodzi nam mówić, wymaga więcej czasu. Nie zostało nam też wielu słuchaczy. O opadaniu mody na Bollywood mówiliśmy już przy obiadowym stole i na zalanych deszczem ulicach Starego Miasta we Wrocławiu. Tatiana Szurlej stwierdziła optymistycznie, iż moda rodzi powierzchowność, zatem może lepiej, iż opadła. Tym razem ja stałem się obrońcą pragmatyzmu, zauważając, że wyrafinowanych znawców mumbajskiego srebrnego ekranu raczej nie starczy, aby przekonać polskie multipleksy do puszczania filmów z kraju Bharatów. W debacie każdy z nas przedstawił nieco odrębne stanowisko. O ile dobrze zrozumiałem, wszyscy (a każdy z innego powodu) broniliśmy kina mumbajskiego przed zbytnią westernizacją i kastrowaniem filmów z piosenek i choreografii, co dość często – niestety – ma miejsce. Udało mi się oburzyć Krzysztofa Lipkę – Chudzika wysoką oceną twórczości Karana Johara. Tatiana Szurlej chyba podzieliła po części moją korzystną ocenę, co było dla mnie bardziej zrozumiałe po wcześniejszych pogawędkach. Z autorem „Bollywoodu dla początkujących” zgodziliśmy się w wysokiej ocenie pięknego „Mughal – e – Azam”. Wspomniałem śpiewającego w tym filmie ustada Bade Ghulama Ali Khana, zaś Krzysztof Lipka – Chudzik po raz kolejny zaimponował mi swoją erudycją opisując obszernie obawy wielkiego śpiewaka, jakie poprzedziły jego włączenie się w współtworzenie filmu. Z pewnością dla mnie debata okazała się bardzo owocna, gdyż choć nie mogłem – z braku czasu – ukazać w pełni mojego stanowiska (z Panofskim włącznie), to wiele się dowiedziałem. Żal mi było jedynie pustych ławek w pięknie odnowionym audytorium, tego, że tak mało ludzi przybyło, aby być widzami debaty. Kaja Bryx, doskonale prowadząca naszą rozmowę, zwróciła uwagę na podobne rzeczy jak ja. Również postawiła pytanie o piosenki, zaciekawiona paradoksem ich roli w ujęciu Tatiany Szurlej. Przez cały czas trwania debaty starałem się bronić spojrzenia na filmy mumbajskie zaproponowanego z dużą precyzją w prelekcji Kai. Wydaje mi się, że jest to dobra droga do ich zrozumienia. Miałem zatem wrażenie, iż patrzę na te filmy z nieco innego lądu niż moi czcigodni współrozmówcy. Czy jednak miałem rację? Wielu Hindusów ocenia własne filmy w podobny sposób jak Szurlej i Lipka – Chudzik. Niekiedy sami ich twórcy posługują się podobnym ocenami. Jednak czasem widać też w Indiach mój punkt odniesienia (na przykład w niektórych wywiadach Karana Johara na temat filmu i ogólnie kultury). Najważniejszą impresją, jaką wyniosłem z debaty było wrażenie początku drogi do rzeczywistego poznania kina bollywoodzkiego. Myślę, że nawet w Indiach nie doczekało się jeszcze ono naprawdę wyczerpującej analizy, starającej się zachować umiar – czy to przed zbytnią socjologizacją tego zjawiska artystycznego, czy to przed nadinterpretacją niektórych jego elementów. Nie ustalono też granicy pomiędzy filmowym dziełem sztuki, a produktem czysto komercyjnym. Istniejący obecnie na Zachodzie podział widzący artyzm niemal tylko w tym, co bez piosenek i zgrzebnie realistyczne, wydaje mi się być całkowicie mylący.
 
   Pod wykładach i debacie, których poziom był, moim zdaniem, bardzo wysoki, pomknęliśmy ciężką od chmur ulicą Szewską na przystanek tramwajowy, aby obejrzeć filmy „Rab Ne Bana Di Jodi” oraz „Fanaa”, które w piękny sposób zwieńczyły nasz filmowy dzień. Nie obyło się oczywiście bez problemów. DKF puścił już film i nasi goście stracili kilka minut początku „Rab Ne Bana Di Jodi”. Okazało się przy tym, że na wskutek bałaganu organizacyjnego nikt nie zawinił. Musiałem zatem wygłosić kilka słów o filmie w formie post scriptum, co uczyniłem z przyjemnością, gdyż film Adityi Chopry za każdym razem coraz bardziej mnie urzeka, również dzięki rewelacyjnej grze Shah Rukh Khana. Oczywiście ze wszystkich (poza Kają Bryx) uczestników debaty okazałem się najbardziej zapalonym fanem SRK, czego ani trochę się nie wstydzę, wręcz przeciwnie. Następnie przyszła kolej na „Fanaa”, o którym jeszcze napiszę na hanumanie.pl, gdyż jest film prawdziwie niezwykły. Tym razem ciążył jednakże na mnie ciężar kolejnych Dni Indyjskich, czyli koncert i wykład w Muzeum Etnograficznym i w Kalachakrze (zupełnie inne rzeczy do grania i opowiadania), oraz gra w spektaklu „Chitra” Tagora w reżyserii Ady Bieli. Tak więc ja, jak i niestrudzone organizatorki Dni Indyjskich – Kaja Bryx i Marta Zienkiewicz oglądaliśmy Fanaa z klejącymi się powiekami, ale nie była to bynajmniej krytyka tego pięknego filmu, lecz zwykłe, oczywiste w tym momencie zmęczenie. Na zakończenie dodam, iż ogromnie mnie ucieszyła obecność Tatiany Szurlej na naszym przedstawieniu następnego dnia wieczorem.  
 
    

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese