Zaślubiny Sziwy i Saraswati. Relacja z przedstawienia.

 
Dnia 11 czerwca 2010 roku odbył się w ramach Festiwalu Kinema 2010 występ zatytułowany Sangita. Wystąpili w nim: Jerzy Adam Nowak, jego żona, Jadwiga Nowak, Sankar Lal Sivasankaran Nair, także z żoną, Justyną Rodzińską-Nair, oraz córka państwa Nowaków, Anna, akompaniująca rodzicom na tampurze.
 

 

Państwo Nowakowie od wielu lat studiują klasyczną muzykę Indii i są również starannie wykształceni w europejskiej muzyce klasycznej. Jadwiga Nowak gra na tabli, jej mąż zaś – na sitarze. Jerzy Adam Nowak znany jest też ze znakomitej muzyki teatralnej, wykonawstwa jazzu oraz niezwykle ciekawych wykładów o muzyce hindustańskiej, które odbywały się do niedawna w Instytucie Grotowskiego. Jego głębokie przemyślenia dotyczące indyjskiej sztuki muzycznej stały się z pewnością kanwą całego przedsięwzięcia. O ile wielu muzyków w dzisiejszych czasach pomija filozoficzne odniesienia hindustańskiej sangity, o tyle J. A. Nowak przyswoił je w sposób twórczy.
Państwo Nair z kolei są specjalistami od najstarszej, być może, sztuki walki na świecie, zwanej kalarippajattu. W maju otworzyli we Wrocławiu Studio Kalari, w którym uczą tej południowoindyjskiej sztuki walki. Również ona, podobnie jak muzyka, nie ogranicza się oczywiście do samego ruchu ciała, lecz posiada bogate odniesienia filozoficzno-religijne. Sankar S. Nair jest Hindusem, dorastał w Indiach, zatem wszelkie odniesienia obecne w kalarippajattu są dla niego czymś absolutnie naturalnym.
Projekt powiązania tych dwóch sztuk indyjskich w ramach sangity, choreograficzno-muzycznej jedności, ma ogromnie prekursorski charakter, zatem artystom należą się najwyższe słowa uznania za odwagę. Na próby mogli przeznaczyć jedynie miesiąc, co zaowocować musiało kilkoma niedopracowanymi szczegółami, lecz tego, co mogło zachwycić i zaciekawić, było zdecydowanie więcej. Miejmy nadzieję, że ten znakomity pomysł będzie przez nich dalej rozwijany. Z pewnością wiele trzeba jeszcze zrobić, aby dostosować nieco hieratyczne figury kalarippajattu do linearności narracji muzycznej.
 
Po przedstawieniu bohaterów nadszedł czas na opis samego spektaklu:
 
Na samym początku na ciemnej scenieujrzeliśmy J. A. Nowaka, który dzierżąc w rękach sitar powoli zaczął budować świat ragi, czyli głównej indyjskiej formy muzycznej. Tym razem to była raga Bhairavi, jedna z najstarszych, kojarzona zazwyczaj z aspektem bogini Parwati. Na północy Indii raga często pojmowana jest jako stopniowe rozszerzanie muzycznego świata – od mistrzowskiego studium pojedynczych tonów, poprzez powolne dodawanie pierwiastków rytmicznych, melodycznych i strukturalnych, aż do właściwego serca ragi, gatu, czyli gotowego hymnu jedności z bogami i z czasem, którego elementy zostały pieczołowicie skonstruowane na naszych oczach w części pierwszej.
Wielu indyjskich muzyków uważa, podobnie jak Pitagoras, iż świat stworzony jest z dźwięków. Przeplatanie się tych dwóch pojęć stworzenia (rozumianego jako powolna ewolucja) stanowi najgłębszy punkt odniesienia w pojmowaniu tej muzyki. J. A. Nowak w prywatnej rozmowie z ogromną pokorą stwierdził, iż nie chce na razie nagrywać płyt, gdyż uważa, iż osoba nie wychowana od dzieciństwa przez muzyków w Indiach nie ma żadnych szans na osiągnięcie pełnego mistrzostwa w sztuce ragi. Tym niemniej, słuchając jego gry, z ogromną radością odkrywałem, iż spojrzenie na muzykę indyjską z zewnątrz, czyli ze świata naszej cywilizacji, może u wrażliwego artysty stworzyć intrygujący punkt estetycznego odniesienia. Niektóre rozwiązania stosowane przez Nowaka przy poszerzaniu ragi świadczyły o tym, że niekiedy świadomość gościa w obcej kulturze pozwala ujrzeć ją w niektórych detalach lepiej, niż sięga wzrok autochtonów, niejako rozleniwionych jej codziennością. Z pewnością wielcy chińscy artyści grający muzykę Chopina też, na tej samej zasadzie, odkrywają w niej możliwości, na których dostrzeżenie nie pozwala nam rutyna zadomowienia we własnej kulturze.
Po ascetycznej krainie pierwszych minut ragi wspaniałe dodanie niższych dźwięków zwróciło moją uwagę na Sankara S. Naira, siedzącego w jogicznej postawie przy ołtarzu używanym przez wojowników kalarippajattu.Ogień ofiarnych świec, płonących na ołtarzu tradycyjnej konstrukcji, został podkreślony przez dodanie kolejnych, wysokich tym razem dźwięków. Zarówno moje uszy, jak i oczy odczuły nagłe zalśnienie przestrzeni synestezji dźwięki i ruchu. Mało brakowało, a ten element nie pojawiłby się w spektaklu, gdyż Sankar S. Nair, będąc hinduistą, nie wiedział, czy powinien zgodzić się na zaprezentowanie elementów rytuału w działaniu adresowanym również do widzów. Jego ostateczna pozytywna decyzja wpłynęła ogromnie korzystnie na nastrój i układ dynamiczny przedstawienia. Coraz bardziej intrygująca wirtuozeria sitarowa J. A. Nowaka, zwłaszcza w obrębie pięknych muzycznych faktur, znalazła piękny punkt odniesienia. Tylko w paru krótkich momentach odniosłem wrażenie, iż muzyk stosuje zbyt szerokie jak na estetykę początku ragi interwały, co mogło przez moment wydać się ledwo uchwytnym wpływem estetyki jazzu.
Po bardzo medytacyjnym początku spektaklu, sygnał dla coraz silniejszego dramatyzmu dał Sankar S. Nair, wstając i kontynuując ofiarę.Następnie sekwencyjnie powracał do poprzednich ruchów ciała, jednakże stopniowo je poszerzał. Wpłynęło to na bardzo finezyjną gradację napięcia ogólnej choreografii spektaklu. Sądzę, że doświadczenia Państwa Nairów zaczerpnięte z długoletniej współpracy z Instytutem Grotowskiego i innymi, bliskimi mu środowiskami teatralnymi, dały małżeństwu wojowników odpowiednie umiejętności pozwalające budować coś niezwykle wyrazistego z prostych elementów. Lecące na ołtarz z dłoni Sankara S. Naira kwiaty stały się dla mnie symbolem tego wyrafinowania.
Od podziwiania teatralnych niuansów i kwiatów oderwał mnie kolejny wspaniały muzycznie fragment, w którym sitarzysta z mistrzostwem wybudował na najniższych strunach sitaru piękne przebiegi mikrotonalne, tak trudne i ważne w muzyce Indii. Niestety, ta najpiękniejsza chyba od strony muzycznej chwila spektaklu została zaburzona dzwonkiem telefonu komórkowego, niewyłączonego przez chama (myślę, że to słowo, poprzez swój archaizm i pozorną łagodność na tle innych wyrazów oburzenia, dobrze oddaje umysłowość ludzi wchodzących na koncert z niewyłączonymi telefonami, które oczywiście zawsze dzwonią w najpiękniejszych momentach).
Niewybity z gry tym przykrym incydentem, J. A. Nowak przeszedł do bardziej rytmicznej części ragi, w której pojawia się wyczuwalny puls czasowy, choć jeszcze nie w pełni sformułowany przez perkusyjną tablę rytmem. Rozszerzająca się sekwencyjność gestów Sankara S. Naira stała się przy owym pulsie bardziej wyrazista. Tymczasem sitarzysta oczarował mnie dodaniem do tak zarysowanej sceny pięknych ozdobników, choć zauważyłem parę razy pewną chwiejność intonacyjną w wysokim rejestrze. Jednakże natychmiast o tym zapomniałem, zachwycony strukturami granymi na środkowych dźwiękach skali, które wprowadziły silne wrażenie zamyślenia i poetyckości. W tym momencie wojownik w eleganckiej, płynnej sekwencji ruchów przyjął błogosławieństwo od bogów.Świat budowany przez początkową część ragi przejawił po raz pierwszy swoją komplementarność.Z mroku wyłoniła się siedząca bez ruchu Justyna Rodzińska-Nair, bardzo rozświetlona na tle pozostałych osób, co natychmiast skojarzyło mi się z podziałem indyjskiej estetyki i świata bogów na pierwiastki męski i żeński. O ile ten pierwszy stanowi wzorzec i drogę, o tyle ten drugi, zwany śakti, jest odpowiednikiem energii wypełniającej męski logos (i vice versa). Śakti wyrażane jest poprzez jasność, ruch i światło. Byłem zatem przygotowany na rytualne ruchy lampki oliwnej w dłoniach Sankara S. Naira.
Po chwili nad ołtarzem pojawiły się kłęby dymu, wojownik zadął zaś pięknie w muszlę.Gdy wybrzmiało to antyczne wezwanie boskich opiekunów, Sankar S. Nair zaintonował tradycyjne pozdrowienie guru oraz wyrecytował hymn sanskrycki. Pewnym zgrzytem od strony estetycznej była wciąż słyszalna tampura, grająca niewłaściwy burdon, gdyż wojownik potraktował swój zaśpiew w czysto rytualny sposób i dopasował go do tonacji własnego ciała, nie zaś do tej, jaką posiada sitar J. A. Nowaka.
Recytacja doszła w ten sposób do końca i zaczęły grać dzwonki, a Nairowie pogrążyli się po raz pierwszy w otwarcie dynamicznym ruchu. Wpierw Sankar, majestatyczny niczym słoń (to komplement na gruncie indyjskiej kultury), po czym dużo bardziej gwałtowna w swoich batalistycznych figurach, Justyna Rodzińska-Nair. Jej wejście zrobiło na mnie ogromne wrażenie i dalej pozwalało mi myśleć o śakti. Po dzwonkach włączyła się tabla. Grała na niej Jadwiga Nowak. Rytm należał do prostych, nieużywanych raczej w typowym gacie, jednak przy pionierskiej kooperacji z ruchem mistrzów kalarippajattu była to jak najbardziej słuszna decyzja. Artystka oparła się na najniższych tonach bębnów, co znakomicie pasowało do ogólnej koncepcji. Prostemu rytmowi towarzyszyła zapętlona, oparta na krótkich sekwencjach melodia sitaru.
Gdy sekwencje zagęściły się, wojownicy zaczęli walczyć ze sobą, wzbogacając wzbudzającą coraz większy podziw batalistyczną choreografię. Pewnym dysonansem w moim odczuciu było włącznie do walki ruchów takich jak uderzanie ręką w uniesioną nogę. Jednakże moje wrażenie było pozorne, gdyż ten element rzeczywiście okazywał się skuteczny w walce na indyjskich polach bitew. Zwarcie przeciwników nie trwało długo, gdyż w pewnym momencie Sankar S. Nair przystanął, złożył ręce w medytacyjnym geście, Justyna chwyciła zaś za noże i zaczęła prezentować bitewne gesty, dostosowane do tej broni. Stanowiło to prawdziwą ucztę dla oczu. Do prezentującej swe mistrzostwo małżonki dołączył mąż z elastycznym mieczem urumi, bardzo niebezpieczną bronią, złożoną z dwóch bardzo długich tnących taśm. Jego budzący wręcz trwogę pokaz, zastrzeżony jedynie dla bardzo doświadczonych adeptów kalarippajattu, stał się kulminacją spektaklu. Trochę zabrakło mi w nim (być może niesłusznie) widowiskowości, znanej mi z filmowych zastosowań tej broni (jak się dowiedziałem w ostatniej chwili od artystów, ograniczenia w pokazie urumi były spowodowane nie przygotowaną na tę okoliczność posadzką).
Gdy – coraz szybciej wirująca i niebezpieczna, również dla samego szermierza – taśma w końcu opadła, muzycy zagrali raz jeszcze powolną melodię alapu. Tymczasem wojownicy pogrążyli się w jogicznym nieporuszeniu. Ja zaś nadal trwałem oczarowany bogactwem emocji i myśli (ras), przekazanych przez artystów oraz przez starożytną kulturę, która dostarczyła im tak skutecznego i pięknego języka. Mamy to szczęście, iż wszyscy twórcy spektaklu związani są obecnie z Wrocławiem, więc każdy czytelnik Duniyi może łatwo stać się widzem, a nawet sponsorem dla ich dalszych przedsięwzięć…

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese