Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
19.10.2018, godz. 01:48

Zoroastrianie na wrocławskim Brave Festival 2010. Relacja.

   Tegoroczny Brave Festival skupiony był przede wszystkim na zjawiskach artystycznych i społecznych związanych z Afryką. Subkontynent był na nim reprezentowany bardzo skromnie, za sprawą jednego filmu i zoroastrian, którzy przedstawili swoją codzienną modlitwę widzom zgromadzonym w Muzeum Etnograficznym. Nie byłoby to wydarzenie godne specjalnej wzmianki, gdyby nie fakt, iż religia Parsów należy do najstarszych i najtrudniej uchwytnych, jednocześnie zaś działała i działa na wyobraźnię wielu europejskich twórców i myślicieli, starczy choćby wspomnieć „Tako rzecze Zaratustra” Nietschego,  Mozarta z jego genialnym „Czarodziejskim fletem”, albo niesłusznie mniej znane dzieło wielkiego francuskiego kompozytora Jean - Philippe Rameau „Zoroastre”.

 

  
 
   Związki zoroastryzmu z Indiami są jednocześnie silne i bardzo enigmatyczne. W najstarszych tekstach braminizmu, jakimi są przepiękne literacko Wedy, stykamy się z niezwykłym, lustrzanym odbiciem staroirańskiej Awesty. Język obydwu cykli hymnów jest zadziwiająco podobny, oba też stanowią najstarsze zabytki literatury związanej z potężną grupą języków indoeuropejskich. W Wedach Asurowie są przeciwnikami bogów, w Aweście największy z Asurów, zwany Ahura Mazdą, staje się szefem politeistycznego panteonu, który z biegiem wieków przemienia się w religię dualistyczną, gdzie przeciwnikiem Ahury Mazdy zostaje niezależny od niego Aryman. Śledząc obydwie tradycje można dojść do wniosku, że jakieś trzy albo i cztery tysiące lat temu kapłani Ariów, którzy nie byli jeszcze ani braminami, ani irańskimi magami pokłócili się ze sobą. Dla jednych herosi związani z aryjskim panteonem okazali się być groźnymi demonami, dla drugich zupełnie na odwrót. Z biegiem czasu Persowie stali się jedną z największych euroazjatyckich potęg, o czym doskonale wiemy z antycznej historii naszego zakątka świata pisanej rękoma dzielnych Greków. Wbrew hollywoodzkim kiczowatym filmom, takim jak „300”, stosunki persko – helleńskie nigdy nie były proste. Obok wrogości i poczucia wyższości w dawnych relacjach odnajdziemy też echa wzajemnego szacunku i podziwu. Wszystko wskazuje na to, iż to właśnie Persowie byli nauczycielami pierwszych filozofów greckich wywodzących się z Jonii. Choć czas zniekształcił i zatarł nauki Jończyków, ilekroć zbieram z okruchów ich dziedzictwo, mam wrażenie, że basen Morza Śródziemnego nie zrodził nigdy potem większych „przyjaciół mądrości”. Obecne u Jończyków elementy logiki trójwartościowej, oraz wyrafinowany monizm świadczą o wyraźnych wpływach Wschodu, być może również buddyjskiego, choć myśl jońska wydaje mi się dużo bardziej ambitna od tej związanej z Buddą. Mistrzowie z Miletu chcieli bowiem zrozumieć wszechświat bez względu na definicję własnej egzystencji. Szukanie prywatnego szczęścia poprzez wiedzę było dla nich mniej istotne, niż zrozumienie natury rzeczy, nawet gdyby owo zrozumienie stanowiło spore wyzwanie dla prostych ludzkich oczekiwań. Zwieńczeniem tej drogi jest śmiałe i prawdziwe zdanie związanego ze szkołą Jońską Demokryta – „są tylko atomy i pusta przestrzeń”. Kto wie ile inspiracji zawdzięczał Demokryt perskim myślicielom, o których dziś nic nie wiemy?
   Z biegiem czasu w Persji nastąpiła zmiana. Stała się ona krajem noszącym w sobie elementy ustroju teokratycznego. Być może to właśnie w tym obszarze świata pojawili się pierwsi, mrożący krew w żyłach inkwizytorzy, strzegący za pomocą rozbudowanego aparatu przemocy czystości religijnej doktryny. Po trudnych dla Persji czasach aleksandryjskich imperium się odrodziło. W Cesarstwie Rzymskim świątynie Ahury Mazdy i jego proroka Zaratusztry (Zoroastra) były równie liczne jak te chrześcijańskie. Zapewne mało brakowało, aby to zoroastrianizm stał się główną religią naszej części świata. Krwawe rządy chrześcijańskich władców upadającego z ich winy cesarstwa wykluczyły jednak tę groźną konkurencję. Później zoroastrianizm miał coraz mniej szczęścia. Jak wiemy w VII wieku Muhammad założył nową religię, zwaną islamem. O ile wschodnia część Bizancjum została zajęta przez muzułmanów stosunkowo łagodnie, o tyle w Persji trwały krwawe i wyniszczające walki. Chrześcijanie zostali bowiem opisani przez Koran jako „Lud Księgi”, którego nie należy zmuszać do zmiany wyznania, nie było w nim natomiast mowy o wyznawcach zoroastrianizmu. Ci ostatni bynajmniej nie chcieli zrezygnować ze swoich wierzeń.  Kiedy w czasach Abbasydów nadano zoroastrianom status ludu księgi (był to w skali światowej dowód tolerancji religijnej w owych czasach), stanowili oni już mniejszość wobec muzułmanów. Dziś żyją głównie w Indiach, Iranie i Azerbejdżanie. Na Subkontynencie ich rola kulturotwórcza jest zaskakująco wysoka w stosunku do ich liczebności na tle innych indyjskich mniejszości religijnych i etnicznych.
   We Wrocławiu mieliśmy do czynienia z indyjskimi zoroastrianami. Dla publiczności przewidziano miejsca w sali głównej Muzeum Etnograficznego. Można było zasiąść na podłodze obok zoroastrian skupionych wokół zapalonego nad posadzką ognia. Jako osoba, która odbyła swego czasu warsztaty muzealne zastanawiałem się nad tym, w jaki sposób organizatorzy Brave Festival uzyskali zezwolenie na rozpalenie ognia na środku muzeum. Zerkałem też na czujniki przeciwpożarowe, które nie były chyba wyłączone. Oczywiście zgoda na ognisko płonące na centralnym, honorowym miejscu była nieodzowna dla mającej nastąpić prezentacji. Ogień jest najważniejszym obiektem kultu zoroastrian i podobnie jak niegdyś westalki w Rzymie, dbają oni o to, aby raz rozpalony, nigdy nie gasł.
   Hinduscy zoroastrianie zaskoczyli nas swoją egzotyczną urodą, na długo pozostającą w pamięci. Przybyły cztery osoby – matka wraz z córką i dwoma synami. Wszyscy przywodzili na myśl rzeźby z Persopolis, o których wcześniej myślałem, iż są idealizowane. Zanim nastąpiła właściwa ceremonia, zostaliśmy zaproszeni do oglądania slajdów wraz z komentarzem młodszej z pań. Jej styl bycia cechowała urocza zadziorność typowa dla wielu młodych Hindusek. Komentarz nie był zbyt akademicki, co zresztą powtórzyłem w moim wstępie. Różne wydarzenia związane z religią Parsów zostały przez prelegentkę przeniesione bardziej w przeszłość, co też było bardzo indyjskie, jako że wśród wyznawców Sziwy i (albo) Wisznu długość dziejów stanowi najkorzystniejszą gwarancję powagi i mądrości. Zaratustra ze slajdów przypominał zadumanych mistyków z indyjskich obrazków. Gdy dotarliśmy z miniwykładem do muzułman, zostali oni określeni mianem „terrorystów”, na co  zgromadzeni widzowie zarechotali ze zrozumieniem. Ogromnie mnie to oburzyło, gdyż na Brave Festival 2010 Wrocław gościł przede wszystkim muzułmanów, którzy wielokrotnie byli nagradzani gorącymi brawami. Oczywiście najazd na Persję muzułmanów nie był aktem terroryzmu, lecz regularną wojną. W owych czasach nie tylko muzułmanie prowadzili wojny i uznawali wyższość swojej religii nad innymi. Na tle swoich sąsiadów lud Muhammada cechował się raczej niechęcią do okrucieństwa i brakiem fanatyzmu. Tym niemniej spora grupa Parsów opuściła swój okupowany kraj i zawędrowała wpierw do indyjskiego Gudżaratu, by zeń trafić do Maharasztry, gdzie należało już tylko czekać na powstanie Mumbaju, głównego ośrodka biznesowego Indii. Nasi zoroastrianie przytoczyli legendę, którą już kiedyś gdzieś słyszałem. Otóż, aby przekonać marackiego maharadżę do udzielenia im prawa pobytu, wygnańcy dorzucili szczyptę kosztownego szafranu do zwykłej wody, która natychmiast zmieniła smak na bardziej szlachetny. W ten sposób ukazali, iż oni, choć tak nieliczni, przydadzą drogocennego smaku wielkiej społeczności Maharasztry. Historia pokazała, iż nie była to czcza obietnica. Nieliczni Parsowie stali się z biegiem lat inicjatorami wielu nurtów artystycznych (duży był ich udział w powstaniu kina i współczesnego teatru). W czasach kolonializmu to właśnie oni najlepiej dogadali się z brytyjskim okupantem, przez co stanowili nadal elitę w niszczonych ekonomicznie i kulturalnie Indiach. Piękna prelegentka opisała kilka zwyczajów swojego ludu, które nie odbiegały wiele od kanonów postępowania hinduistycznych i muzułmańskich. Zdecydowanie odmienny był przede wszystkim odbrzęd pochówku, o którym można przeczytać na Hanumanie w dziale poezja - "Pochówek Parsów".
   Po prelekcji nastąpiła właściwa ceremonia. Choć główni kapłani nie mogli dotrzeć do Wrocławia, matka pozostałych uczestników rytuału miała prawo przewodzić ogniowej ofierze, gdyż była córką rodu Magów, czyli kapłanów. Nie pozostało zatem nic innego, jak tylko zagłębić się w melodyjnym pięknie archaicznej mowy króla Dariusza. Kobiety podczas tej ceremonii śpiewały w intrygujący sposób, natomiast panowie starali się jak najszybciej poprawnie wypowiedzieć długie hymny. Owo czytanie tekstu w tempie uniemożliwiającym jego rozpoznanie stanowi cechę charakterystyczną wielu religii politeistycznych. Główną funkcją religijnego tekstu nie jest bowiem w tym wypadku przekaz. Hymn jest święty sam w sobie, wypowiada się go po to, aby się pojawił, gdyż stanowi on byt niezależny od wyznawców. Obrzęd którego byliśmy świadkami przypominał w dużym stopniu popularną w Indiach angnihotrę, czyli rzucanie w ogień ziół, zbóż i kwiatów, najczęściej zaraz po wschodzie Słońca.   Jeszcze bardziej podobne do zwyczajów hinduistów było zakończenie ceremonii, kiedy wszyscy widzowie poczęstowani zostali pudżą złożoną z owoców i kompotu. Wąchając wonny od ziół i nasion dym i patrząc na małą grupkę zoroastrian czułem, iż oto jestem świadkiem ostatnich okruchów świata, który był niegdyś tak oczywisty dla wszechmocnego zdobywcy Cyrrusa, czy dumnych ze swej wspaniałej kawalerii Sasanidów. Ten świat kruszył się na dwa sposoby. Pierwszy z nich był najprostszy – mniejszość żeniących się w obrębie własnej grupy czcicieli ognia stawała się coraz bardziej wątłą wysepką wśród innych ludów wyznających inne religie. Taki los spotkał już wiele panteonów bogów, wielu proroków i mesjaszów. Zapewne z upływem wieków mające dziś miliardy wyznawców współczesne monoteizmy staną się ciekawostką przedstawianą w jakimś muzeum etnograficznym, niekoniecznie na planecie Ziemia. Dziś jeszcze tak nie jest, nawet mój słowniczek „Microsoft Word” podkreśla moje użycie słowa „monoteizm” w liczbie mnogiej jako błąd. A przecież jest ich wiele…
   Po pudży nadeszła kolej na pytania widzów, którzy żywo zainteresowali się zaprezentowanym im obrzędem. Wiele z nich potwierdziło ogromnie silne wpływy hinduizmu na współczesny zoroastrianizm. System kastowy, reinkarnacja, stosunek do małżeństw, wegetarianizm, sansara i ahinsa – to wszystko mogliby w taki sam sposób wyjaśniać przedstawiciele niektórych odłamów głównej religii Indii. Nie dało się też nie zauważyć punktów wspólnych z islamem. Wymieniłbym wśród nich pojęcie czystości związane z bielą, oraz grupę kilku potężnych aniołów, w przeciwieństwie do bezimiennych hord aniołów chrześcijańskich, wśród których tylko paru posiadło imiona. Owi zoroastriańscy aniołowie byli niegdyś skrzydlatymi geniuszami, których mieszkańcy Persopolis przejęli od Asyryjczyków i Babilończyków. Oryginalny był za to wciąż odczuwalny dualizm prezentowanej nam religii. Dobro i zło stanowiły dwa przeciwstawne sobie obozy, a nasi gospodarze czuli się przedstawicielami „armii dobra”. Gdy jednak jedna ze słuchaczek spytała o możliwość wstąpienia do jej szeregów, otrzymała bardzo hinduistyczną odpowiedź, która brzmiała „każdy ma swoją karmę – zoroastrianinem można tylko się urodzić, ale przecież jest to osiągalne w przyszłym życiu”. W odpowiedzi na pytanie o liczbę zoroastrian, pojawiła się liczba rzędu kilku tysięcy, bardzo niska w stosunku do oficjalnych statystyk. Jednakże nasi gospodarze uznali, iż w Indiach związana jest ze swoją religią jedynie mniejszość  dawnych wyznawców ognia. Zoroastrianie z państw muzułmańskich nie zostali w tym szacunku wzięci pod uwagę, na pytanie „dlaczego?” otrzymaliśmy wymijającą odpowiedź.
    Spotkanie dobiegło końca, kontynuacją miała być impreza w wynajętym przez organizatorów Brave Festival pubie Kamfora, na ulicy świętego Antoniego, nieopodal arcydzieła architektury klasycystycznej, przepięknej synagogi „Pod Białym Bocianem” wyrosłej z wiedzy i wyobraźni Langhansa Młodszego, który we Wrocławiu wzniósł także operę i budynek giełdy. Nie miałem już czasu, aby tam pójść, choć intrygowało mnie to co będą robić zoroastrianie po części oficjalnej.  Czy napiją się piwa? Czy piękni młodzi ludzie zaczną tańczyć do dyskotekowej muzyki? A jeśli już to co? Sikhijską bhangrę, modną w Indiach, czy też ich ruchy nie będą się różnić od stylu tańca młodych Polaków, Francuzów, czy Amerykanów? W końcu zoroastrianie zawsze byli bardzo otwarci na przybyszów z Zachodu, stąd choćby ich pionierskie kroki w zakresie tworzenia indyjskiego kina. Może spotkają też nielicznych wrocławskich Żydów? Czy znajdą z nimi wspólny język? Czy będą go szukać? W końcu obydwie religie mają podobne dzieje. Obydwie przeszły od politeizmu do jedynobóstwa z ważną rolą w nim proroków. Obydwie od wielu wieków nie miały swoich władców i swoich państw. Marzenie wielkiego średniowiecznego poety Jehudy Halewiego spełniło się i judaiści rządzą w Izraelu. Czy Parsowie też mają swoją Ziemię Obiecaną? Czy chcieliby tak jak szach Iranu poprzedzający Chomeiniego powrócić do pisma klinowego? Mam wrażenie, że nie dowiedziałem się o nich zbyt wiele podczas tego spotkania. Ale poczułem nastrój związany z ich codziennością, nastrój bardzo indyjski, nie potrzebujący innych przymiotników.      

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese