Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
19.10.2018, godz. 12:56

Spory dewów.

 
Białe rzeki chmur płynęły do morza. Ono było bramą i horyzontem, zawsze pełne ptaków, nigdy nie pogrążało się w bezruchu i milczeniu. Nawet zimne skały nie stały na jego brzegu. Wiązał je ten sam nurt, który kazał opadać potokom i tak jak lotna woda, pozostawały w ruchu, który je spalał i przemieniał w piasek. A gdy zastygały w śmierci dolin rozległych, ziemia wznosiła je nad siebie ponownie, by rozpocząć od nowa ich wędrówkę. I choć inne były kształty gór i inne ich echa, odnawiała się treść i esencja kamiennych grzbietów. Czasem biegły przez nie drogi, innym razem, pozostawione w spokoju zarastały trawą. Jej źdźbła, podobnie jak i wszystko inne, podlegały prawu zim i jesieni, biegnących za sobą bez końca. Ścieżki znikały i zjawiały się nieco bardziej chaotycznie, lecz i w ich powrotach istniał pewien rytm. Ci, co nimi szli, nie różni od trawy, przybywali i odchodzili odziani w barwy zmiennych pór roku.

 

 Rozmyślali o tym dwaj mężczyźni idący traktem wiodącym przez wysokie przełęcze i niebotyczne szpice zczytów. Jeden z nich był barczysty, jego oczy pałały ogniem, a w rękach dzierżył stalowy trójząb, który wzrastał i malał w sposób dziwny i nieoczekiwany. Drugi z nich wydawał się młodszy. Było w nim coś łagodnego, wyglądał na subtelnego artystę, choć to jego towarzysz kochał bardziej sztuki. W lewej ręce ściskał dysk odlany ze złota, który od czasu do czasy przypominał słońce w chwili świtu.
-        Tacy właśnie im się wydajemy – rzekł rozkładając wymownie ramiona.
-        Zabawne – zaśmiał się barczysty. – Nie sądziłem, że można tak wyglądać. Do tego ten kawał żelaza, który dźwigam ze sobą, choć obracam w popiół samym spojrzeniem. To nielogiczne.
-        Oni nie gustują w logice – zauważył młodzieniec.
-        Trzeba ich zatem zniszczyć – rzekł starszy z nich i pokiwał głową wymownie.
-        Robiłeś to już niedawno – zauważył elegant. – Teraz moja kolej. Przybyłem tutaj, by ofiarować im jeszcze kilka wieków.
-        Wieków? – zdziwił się siłacz.
-        Tak mierzą czas – odparł uzbrojony w dysk mężczyzna.
-        Czas? – dociekał dalej barczysty. Jego trzecie oko otworzyło się na chwilę, anihilując spory fragment przestrzeni.
-        To takie ich złudzenie – tłumaczył dalej jego towarzysz. – Robimy to zresztą teraz. Idziemy drogą i rozmawiamy. Te czynności zachodzą jedynie we mgłach czasu.
-        Hm! – mruknął donośnie starszy. – Objaśnij mi to dokładniej.
-        Spójrz za siebie – rzekł młodszy. – Widzisz tamto miejsce obok niskiego krzewu? Byliśmy tam przed chwilą, a teraz jesteśmy tutaj. Gdy byliśmy tam, pytałeś mnie o logikę. Teraz zaś dyskutujemy o złudzeniu czasu. I na tym ono właśnie polega.
-        Na patrzeniu za siebie? – upewnił się zbrojny w trójząb wojownik.
-        Doskonale to ująłeś – pochwalił go elegant.
-        To wszystko jest niewymownie głupie – zauważył niskim basem barczysty. – I należy z tym skończyć. Nie lubię ignorancji. Choć wiem, że nie istnieje, warto jak najszybciej doprowadzić ją do tego bez reszty.
-        Mylisz się – pokręcił przecząco głową młodzieniec. – Jesteśmy tu po to, by ich ratować. Ja tworząc, ty niszcząc naprawimy to, co jest zepsute.
-        Doskonale! – zgodził się Sziwa, bo nim właśnie był posiadacz trójzębu. – I bardzo słusznie. Proponuję jednak odwrotną kolejność. Ja zniszczę, a ty potem stworzysz.
-        Zawsze się o to kłócimy – zmartwił się Wisznu, bo nim był uzbrojony w dysk młodzieniec. – A przecież nie jesteśmy tu po to, by się sprzeczać.
-        Przybyliśmy w cząstce dla istot, które są cząstkowe – zauważył bóg zniszczenia. – Dlatego ten z naszych snów jest dziecinny i sprzeczamy się o dziecinne rzeczy. To naturalne.
-        Nie ma rzeczy przeczących naturze – zgodził się z nim bóg tworzenia. – Lecz po co czynić jeszcze gorszymi męczące sny?
-        Po to, by stały się odrażające i nie męczyły nas więcej – rzekł Sziwa. – Jeszcze trochę i nie będziemy ich śnić.
-        Ale ty nigdy nie śnisz – zaśmiał się Wisznu. – Ty czuwasz zawsze.
-        To co ja tu robię? – spytał siłacz z oburzeniem.
-        Nieświadomość ludzkich istot wydziera z nas senne cząstki, by tańczyły wśród głupców – objaśnił młodzieniec. – Obrazy tych krain są jak kry na rzece, blokujące jej nurt. Trzeba rozbić zator i wrócić do siebie, tam gdzie wszystko i zawsze trwa w przebudzeniu.
-        Rozbić, powiedziałeś – Sziwa wzniósł w górę palec i spojrzał na swoją humanoidalną dłoń z obrzydzeniem. – Koszmar – podsumował nieprzyjemne doznanie.
-        Gdy robi się zator, ze mnie wynika paradoks, który w niemożliwym znajduje nową możliwość – kontynuował tworzący. – Gdy z pierwszej szczeliny w tamie płynie już strużka wody, ty dokańczasz dzieła. Ja tworzę przejście, ty przekraczasz.
-        O nie! – zaprotestował niszczący. – Kolejność jest odwrotna.
-        Znów to samo – zauważył Wisznu.
-        Może upieram się przy swoim zdaniu – rzekł Sziwa. – Lecz ty uznajesz swoją opinię za rzecz oczywistą, której nie ma potrzeby bronić.
-        Tacy już jesteśmy – zauważył wesoło młodzieniec.
-        Jakby nie było, nie przekonałeś mnie do niczego – wzruszył ramionami barczysty.
-        Zagrajmy w kości – zaproponował Wisznu. – Ten kto wyrzuci więcej, będzie mógł wybrać kolejność.
-        Przecież ja zawsze wygrywam w grach losowych – zaciekawił się Sziwa. – Dlaczego chcesz przegrać?
-        Zobaczysz – rzekł tajemniczo tworzący.
-        Już wiem – niszczyciel światów uderzył się w szerokie czoło. – Ty jesteś możliwy w tym co niemożliwe. Dlatego wyrzucisz więcej, choć to ja jestem lepszym graczem. Schowaj zatem swoje kości do kieszeni, albo baw się nimi, lecz beze mnie.
-        Przekonanie ciebie jest chyba niemożliwe – zauważył podchwytliwie Wisznu.
-        Każdego da się przekonać – odparł Sziwa rozpoznając podstęp.
-        Więc ciebie również? – zapytał młodzieniec, nie rezygnując z widma wygranej.
-        Czasem tak, czasem nie – barczysty pokiwał szeroką dłonią, by podkreślić niejednoznaczność zaistniałej sytuacji.
-        Powiedz mi, dlaczego tak bardzo zależy ci na pierwszeństwie? – zapytał wprost stworzyciel światów, wiedząc, że pozorna naiwność była bronią, którą władał doskonale.
-        Dlatego, że ten kto kończy, ma zawsze więcej do zrobienia – opowiedział niszczący, przejmując metodę przeciwnika.
-        Zazwyczaj jesteś nieco bardziej wyrafinowany – zauważył zaczepnie Wisznu.
-        Niekiedy szczytem wyrafinowania jest skrajna prostota – Sziwa uśmiechnął się szeroko, ukazując przepełnione odwieczną trucizną gardło.
-        Jeśli czegoś nie postanowimy, będziemy tkwić w tym nędznym śnie bez końca – zauważył młodzieniec.
-        Trudno – rzekł jego starszy towarzysz. – Jestem cierpliwy, jakoś to zniosę.
-        Skoro jesteś tak cierpliwy, dlaczego się nie poświęcisz? – zapytał tworzący. Gdy szedł, pod jego stopami wyrastały kwiaty, a powietrze wokół płonęło od ich zapachu.
-        Nie lubię ustępować tobie – stwierdził z naciskiem niszczący.
-        Na jawie jesteś rozsądniejszy – westchnął Wisznu.
-        Ty zapewne też – dodał Sziwa.
-        O co my się kłócimy? – młodzieniec opuścił wymownie ręce. – Jesteśmy tu tylko odcieniem naszych prawdziwych mocy, a i one są jedynie złudzeniem w lśniącym ogniu rzeczywistości.
-        Otóż to – potwierdził starszy. – Ustąp i nie kłóć się ze mną.
-        Nie cierpię tego – zgrzytnął zębami stworzyciel. – Istoty dla których tu przybyliśmy, muszą być naprawdę upadłe.
-        Nie możemy po prostu zostawić kilku pułapek i przebudzić się dla rzeczy nieco bardziej istniejących, a przez to istotnych? – zaproponował niszczyciel.
-        Im bardziej ktoś jest upadły, tym bardziej jest ślepy – rzekł Wisznu. – Nawet jakby wpadli w twoje sidła i odnaleźli moje bogactwa dla nich ukryte, nie zauważyli by ich.
-        Po co więc się o nich starać? – zapytał starszy.
-        By nie zużywali energii światów – odrzekł młodszy.
-        Lecz ona i tak się nie wyczerpuje – kontynuował niszczyciel.
-        To kwestia porządku – wyjaśnił stworzyciel.
-        Więc po co mam brać w tym udział? – zapytał gromkim głosem Sziwa. – Przecież moją specjalnością jest chaos.
-        Dlatego ja objaśnię, a ty to wypełnisz – rzekł Wisznu.
-        Lecz ład to twoja domena – nie zgodził się jego starszy towarzysz. – Pozwól więc bym zaczął, a ja spełniwszy to, co jest moim obowiązkiem, całą resztę zaproponuję specjaliście, czyli tobie.
-        Nie możemy tego zrobić wspólnie? – spytał młodzieniec ugodowo.
-        Przy takiej współpracy nic się nie wydarzy – wyjaśnił bóg zniszczenia. – Nasze moce wyrównają się i nic się nie stanie.
-        Tak czy siak, w każdej harmonii jest chaos, a w każdym chaosie porządek – dodał Wisznu, a Sziwa pokiwał głową zaskoczony nagłym przypływem rozwagi u swojego przeciwnika. – By było jedno, musi być też drugie. Jeśli nie zadbasz o ład, również nieporządek stanie się niemożliwy. Na tym polegają zatory i stąd bierze się konieczność naszych interwencji. Nie możemy zadziałać równocześnie, gdyż wiąże nas tutaj złudzenie czasu. Musimy zatem ustalić kolejność.
-        W ten oto sposób wróciliśmy do punktu wyjścia – zauważył ponuro Sziwa. Miał ochotę wszystko bez reszty zniszczyć i uwolnić się od rozmów w tym dziwnym śnie. Wiedział jednak, że gdyby to było właściwe, nie śniłby go wcale. Bóg zniszczenia westchnął ciężko.
-        Rzeczywistość składa się ze wszystkiego – rzekł stworzyciel, którym również zawładnęło na moment charakterystyczne dla tego miejsca przygnębienie. – Choć się wznosi i tworzy, choć przybiera wciąż nowe formy, które zachwycają, potrafi też opadać i osadzać w niepełnych istotach smutek i znudzenie. Ten sen nigdy nie zgaśnie, by to co istnieje nie straciło swej pełni. To pył u naszych stóp, lecz gdyby go nie było, nie byłoby też słońca.
 
   Po tych słowach zapadło milczenie i przez bardzo długi czas nic się nie działo. Nurt rzeki zdarzeń osłabł w tych regionach i nic nie wskazywało na to, że to co zostało przerwane, będzie dziać się znowu. W końcu jednakże Sziwa ustąpił, zyskawszy obietnicę pierwszeństwa następnym razem. Wisznu, który był między innymi mistrzem podstępów, miał zamiar ją złamać, lecz jego zasadzkę niszczyciel ukradkiem umieścił w tym śnie, by nie było na nią miejsca, gdy obaj bogowie przybędą do niego ponownie. Ta pułapka działała dalej, gdy odeszli i ponownie tworzyła zator, do którego mieli powrócić. Gdy obaj przebudzili się w swych prawdziwszych postaciach, dostrzegli to rzecz jasna i wybuchli gromkim śmiechem. Nikt inny, jak tylko oni sami wzywali się wciąż do dziwnego snu. Było to logiczne i miało tak być, gdyż tak działała rzeczywistość, nie mająca żadnej postaci, a jednak będąca wszystkim i wszystkim rządząca. Gdy Wisznu i Sziwa wracali do najgłupszego ze snów, zapominali o swojej wiedzy, i kłócili się znów, by zmieniając wszystko, nie zmienić tego, co jest esencją i podstawą miejsca najstraszliwszych złudzeń. Ich kłótnia miała trwać zawsze i nadawać sens cieniom nie mającym formy.

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese