Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
19.10.2018, godz. 12:59

Woźnica Jamy.

 
Słońce lśniło wysoko na niebie i zdawało się być pogrążone w bezruchu. Książę Jama patrzył w nie zdumiony, a jego rydwan trząsł się na nierównej drodze wiodącej przez dżunglę.
-        To typowe tutaj zjawisko – odezwał się nagle woźnica, pogrążony prawie bez reszty w umieszczaniu nazbyt ozdobnego pojazdu w wąskim przesmyku między pniami drzew. – Mówią, że słońce nad domem Karny jest złudne, choć nigdy nie widziałem, by przez tak długi czas trwało w jednym punkcie.

 

-        Ruchome, czy też nie, jest tylko złudzeniem umysłu – mruknął książę, pozostając obojętnym na pozdrowienia przechodzącej obok gromadki chłopów. Jechali już dwa tygodnie i arystokrata był rozdrażniony wydłużającą się podróżą.
-        Nie mogę się z tobą zgodzić, mój panie – rzekł jego towarzysz. – To nie słońce jest złudzeniem, lecz sposób, w jaki my je widzimy. Nadworny astronom zauważył na przykład, że to Ziemia jest w ruchu wokół niego, ale nie tylko o to mi chodzi...
-        Ciągle coś mówisz – przerwał mu Jama. – Nie zakładasz chyba, że wiem mniej niż ty?
-        Wiedza to tylko dym – zaśmiał się woźnica popędzając konie. – Lecz to nie my jesteśmy jego ogniem. Wciąż nie wiem, czemu zechciałeś wybrać się do Karny.
-        Nie muszę ci chyba odpowiadać? – złościł się władca. Las ustąpił miejsca rozległej polanie, nad której trawami unosił się żar typowy dla dni poprzedzających nadejście monsunów. Książe otarł czoło aksamitną chustką i westchnął ciężko.
-        Obawiam się, że niebawem będziemy wracać – zauważył woźnica uśmiechając się szeroko. – Karna nie zawsze jest gościnny.
-        Kazałbym cię ściąć, gdybyś nie był przyjacielem mojego ojca – również na twarzy Jamy pojawił się uśmiech.
-        Wiem, wiem... – woźnica wzruszył ramionami. Stado małp przeleciało nad drogą, chwytając się zwisających ciężko gałęzi. – Jesteśmy przed domem mędrca – dodał woźnica zatrzymując rydwan. Książę zeskoczył z niego i rozsunął zasłonę u drzwi zamaszystym ruchem. Ujrzał przytulną izbę, a w niej stół, przy którym Karna i jakaś młoda kobieta grali w kości. Władca zrobił kilka kroków i stanął przy stole. Trwał w tym miejscu jakiś czas, lecz pochłonięci grą domownicy nie zwracali na niego uwagi.
-        Przybyłem! – zakrzyknął w końcu niecierpliwie.
-        Siódemka – rzekł Karna do swojej towarzyszki, a ona spojrzała na niego wyzywająco. Po chwili wzięła kości ze stołu i długo grzechotała nimi w zaciśniętej ręce.
-        Też siedem – oznajmiła po wykonaniu rzutu.
-        To bezczelność – zauważył Jama. – Nie przywitacie się ze mną? Przecież uprzedzałem, że przyjadę.
-        Nigdy nie czytam przypadkowej korespondencji – oznajmił mędrzec z rozczarowaniem patrząc na układ kości, jaki przed chwilą wyrzucił.
-        Jakkolwiek by nie było, przybyłem – oznajmił władca.
-        Co masz na myśli? – zainteresowała się nagle młoda dama. Książę spojrzał na nią gniewnie, lecz jej piękno ostudziło nieco jego emocje. U żadnej kobiety nie widział jeszcze tak hebanowych włosów i tak doskonałych proporcji twarzy, w których było jednocześnie coś niepokojącego.
-        Nie rozumiem twojego pytania, szlachetna pani – zdziwił się władca.
-        Stanowisz ramę dla płynących bezwiednie zdarzeń, emocji i pojęć – wyjaśnił Karna. – W pytaniu mojej przyjaciółki chodziło o określenie tego zbioru, który mamy teraz przed sobą.
-        Ależ to bezczelność, nie pierwsza zresztą – Jama zacisnął dłoń na rękojeści szabli.
-        Ona zawsze pyta w ten sposób, taki ma zwyczaj – wyjaśnił mędrzec rzucając kośćmi jeszcze raz, gdyż wyrzucił dwunastkę.
-        Ale ja nie jestem żadnym zbiorem, jestem człowiekiem – zaprotestował książę.
-        Bądź sobie kim chcesz – machnęła ręką kobieta, wyraźnie znudzona. – Grasz równie dobrze jak ja – zwróciła się do gospodarza. – Jestem pod wrażeniem.
-        To przypadek – mędrzec skromnie spuścił oczy.
-        Wyjątkowo dobrze sobie z nim radzisz – chwaliła go dalej młoda przyjaciółka. – Już dawno tyle nie grałam, a zawsze miło chwilkę odpocząć.
-        Chciałbym o coś zapytać, po to tu przybyłem z daleka – wtrącił Jama, waląc pięścią w stół.
-        Jak mam ci odpowiedzieć, skoro nie wiem, co, lub też kto, mnie pyta? – zdziwił się Karna.
-        Z przyjemnością opowiem coś o sobie – ucieszył się władca. – Jestem księciem Jamuny, potężnego kraju położonego na północnym wschodzie. Urodziłem się pod dobrymi gwiazdami. Mojego pierwszego wielkiego czynu dokonałem za młodu, gdy byłem jeszcze dzieckiem. Do mojej kołyski wdarł się wielki jak okrętowa lina pyton. Zanim podpełzł do mojej szyi, schwytałem go za łeb i...
-        Jeśli masz potrzebę mówienia, rób to ciszej, albo wyjdź i czyń to na zewnątrz – zaproponowała dziewczyna.
-        Przecież odpowiadam na wasze pytanie – książę wciągnął ze świstem powietrze do swojej szerokiej piersi. Muskuły na jego ramionach napięły się gniewnie.
-        Czy można to tak nazwać? – zwrócił się mędrzec do swojej przyjaciółki.
-        Nie sądzę – odparła marszcząc doskonale zarysowane brwi.
-        Otóż to – Karna uniósł retorycznie rękę. – Nie snuj niepotrzebnych opowieści, po prostu odpowiedz.
-        Już mówiłem, ze nie jestem żadnym zbiorem – władca usiadł nieopodal stołu.
-        Rozglądnij się wokół siebie – rzekła młoda dama. – Widzisz ten stół, te ściany, okna i pejzaż za nimi? Widzisz Karnę i szenaj za jego plecami? Widzisz dach i podłogę tego pokoju?
-        Nie rozumiem – Jama pokręcił głową, a jego oczy miotały złowróżbne iskry.
-        To wszystko są twoi bracia, z jednej ulepieni materii, która niesie w sobie ten sam wieczny ruch, narastający i rozwijający się we wszystkim – wyjaśniła kruczowłosa. Książę dopiero teraz dostrzegł, że i jej twarz jest czarna, a z kształtnych ust wystają czasami dłuższe niż u ludzkiej istoty kły. – Nasze myśli, uczucia i czyny to przejaw tego ruchu i zawartej w nim materii. Gdy ktoś umie odnaleźć w sobie harmonię ze wszystkim, ogląda też we właściwy sposób samego siebie i widzi, że nie ma żadnych granic.
-        Jakich granic? – książę stukał nerwowo w stół palcami.
-        Między twoją ręką, a stołem na przykład – wtrącił mistrz. – A gdy już to wiesz, nagle uświadamiasz sobie, że wszelkie twoje poprzednie lęki i nadzieje były niepotrzebne i wtedy możesz działać tak, aby to miało znaczenie.
-        Ale jak mam działać wtedy, kiedy mnie nie ma? – Jama usunął na wszelki wypadek rękę z drewnianego blatu.
-         To nie w tobie działanie ma podstawę oraz cel – kontynuował Karna. – Jeśli uwierzysz, że jest inaczej, staniesz w bezruchu i znikniesz.
-        Ale gdy będę pozbawiony granic, wtedy również zniknę – zaprotestował władca.
-        Znikną granice wraz ze wszystkim, co nazywasz sobą – mędrzec wstał od stołu, podszedł do szafki położonej w rogu pokoju i wyjął z niej trochę słodkich ciastek, które położył przed gośćmi.
-        To brzmi mało zachęcająco – zauważył Jama. – Jeśli wszystko zniknie, to co zostanie?
-        Nie zniknie wszystko, a jedynie ty – powiedział Karna wybijając na stole każdą sylabę.
-        Rozumiem, że jesteście niemili i chcecie, żebym usunął się w cień, aby nie przeszkadzać w waszej grze – mruknął gniewnie władca. Za oknami domu kołysały się drzewa. Wiatr był mocny i co jakiś czas złamane gałęzie stukały w ściany budynku.
-        To, że jesteśmy niemili, nie ma nic wspólnego z tym, co chcemy ci powiedzieć – zauważyła młoda dama.
-        Gdy ty znikniesz, wszystko się wreszcie dla ciebie pojawi – Karna rzucił kośćmi. – Osiem, też nieźle – powiedział.
-        To lubiana liczba – zauważyła czarna kobieta. – Ale ja niezbyt za nią przepadam.
-        To naturalne – zaśmiał się mędrzec i nalał do jej kubka soku z pomarańcz.
-        Czy mogę w końcu zadać moje pytanie? – wtrącił Jama.
-        Dziewięć – ucieszyła się przyjaciółka Karny. – Przecież otrzymałeś już odpowiedź – dodała zwracając się do Jamy.
-        Odpowiedź na co? – książę wciągnął głęboko powietrze i oparł się ciężko na muskularnym ramieniu.
-        Na to – odparła młoda dama wskazując go niedbale ręką. – Wydaje ci się, że tu przyszedłeś, zdaje ci się, że rozmawiasz i że w twojej głowie zalęgły się jakieś myśli. To źle, bardzo źle! Ale i tak udzielono ci odpowiedzi. Czego jeszcze chcesz pozbawiona dobrych manier zjawo?
-        Lepiej jej nie denerwuj – wtrącił uczony. – Ona jest nieprzyjemna, gdy wpadnie w szał. A niech to, jedynka...
-        Jak można dwoma kośćmi wyrzucić jedynkę? – zaśmiała się jego przyjaciółka pokazując kły.
-        Gdy gra się z tobą, takie rzuty się zdarzają – mędrzec pokiwał żartobliwie palcem.
-        Dwadzieścia! – zakrzyknęła jego towarzyszka. – Dawno nie miałam tak wysokiej cyfry.
-        O osiem więcej, niż to możliwe – rzekł Karna, udając zagniewanie. Pomimo, że rzucał jedynie w ramach możliwych wyników, nadal wygrywał.
-        Ten głupiec nie zapyta nawet o co gramy – czarna kobieta ziewnęła przeciągle, wskazując niechcianego gościa.
-        Dlaczego miałbym o to pytać? – Jama był wstrząśnięty. – Ja mam ważniejsze pytanie.
-        Naprawdę? – zaśmiała się dama przeciągając ironicznie słowa.
-        Pytaj – westchnął zrezygnowany mędrzec.
-        Ale niech to nie ma związku z tobą – dodała czarnowłosa. – Inaczej rozszarpię cię na bardzo drobne strzępy.
-        Ona jest od tego specjalistką – pouczył gościa Karna. – Nie łamie też raz danego słowa.
-        Wcale nie chciałem zapytać o siebie – oznajmił Jama. – To uprzejmie z waszej strony, że wreszcie daliście mi dojść do słowa. Oto moje pytanie. Czy przyczyna wszystkiego jest osobą?
-        Pora zaczynać – stwierdziła młoda dama wyciągając ponad stołem wysmukłe ramiona.
-        Przecież ja wcale nie mówię o sobie – obruszył się książę, którego bawiła myśl o tym, że tak niepozorna istota mogłaby mu zrobić krzywdę. Patrząc na jej wielkie czarne oczy, pomyślał nawet, że z chęcią stałby się ofiarą jej ataku.
-        Poczekaj – mędrzec położył dłoń na jej ramieniu. – Przestępca ma prawo wiedzieć, jakie wykroczenie popełnił.
-        Wcale tak nie uważam – czarna kobieta walnęła pięścią w stół, który rozleciał się na kawałki. Karna się zaśmiał, zaś przerażony władca upadł na podłogę.
-        Dobrze wiesz, że musisz mu to wyjaśnić – uczony rozłożył ramiona i spojrzał na swoją przyjaciółkę rozbawiony. Zwykle to on musiał wyjaśniać takie rzeczy rozmaitym istotom, czuł się więc bardziej niż dobrze, wiedząc, że tym razem uniknął tego przykrego obowiązku.
-        To obrzydliwe! – zakrzyknęła czarnowłosa i zaczęła demolować izbę w której siedzieli. Wszystkie skrzynie i półki zamieniły się w drewniane wióry. Drobne przedmioty latały w powietrzu jak ćmy. Gdy wyposażenie wnętrza przestało istnieć, podobny los spotkał dach i ściany budynku.
-        Mówiłem, żebyś jej nie irytował – zwrócił się Karna do leżącego pośród gruzów Jamy. Gdy budynek został już zrównany z ziemią, przyjaciółka mędrca usiadła na ziemi.
-        To okropne – zauważyła spokojniej patrząc z chłodną nienawiścią na drżącego ze strachu księcia. – Co rozumiesz poprzez osobę? – spytała go warcząc przeciągle. Jama jednakże nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Czarnowłosa podeszła do niego, chwyciła go za kark i uniosła w powietrze.
-        Jeszcze nie teraz – pokiwał palcem mędrzec.
-        Mam prawo łamać zasady – zauważyła kobieta.
-        Cóż szkodzi raz się wysilić? – zdziwił się uczony. Jemu również nie zależało na obowiązującym w takich wypadkach prawie, ale uznał, że może w ten sposób skazaniec się czegoś nauczy i będzie rozsądniejszy w swoim przyszłym wcieleniu. Zawsze mógł tu przecież przyjść za jakiś czas w swojej nowej formie, a to już nie byłoby miłe. Karna nie zawsze miał gości, którzy mogliby go trochę wyręczyć w codziennych obowiązkach. 
-        Dobrze... – czarnowłosa machnęła ręką z rezygnacją. – Dam mu jeszcze jedną szansę. Jeśli tym razem nie odpowie, obejdziemy się bez wyjaśnień. Czy przystajesz na takie rozwiązanie?
-        Tak – odparł Karna.
-        Zatem powtórzę – dziewczyna posadziła skazańca na ziemi. – Czym jest dla ciebie osoba?
-        Tym... co... czuje... odbiera... i... jest podmiotem zdarzeń... – wyjąkał przerażony książę.
-        Czy drzewo jest wedle twojej definicji osobą? – zapytała czarna kobieta.
-        Ono tylko rośnie, nie jest podmiotem zdarzeń – po twarzy władcy spływał pot.
-        A noc? – na twarzy pytającej zagościł promienny uśmiech.
-        Ona jest zjawiskiem, jak może coś odczuwać? – spytał drżącym głosem Jama.
-        Hm... – mruknęła z zadowoleniem młoda dama. – Ja też jestem zjawiskiem, więc chyba mogę już zakończyć tę rozmowę.
-        Dobrze! Myliłem się! – zakrzyknął pospiesznie władca. – Ale przecież nie mówiłem tylko o sobie?
-        A któż oprócz ciebie zwie sam siebie osobą? – spytał Karna, któremu zrobiło się nagle żal przyjaciółki. Ta popatrzyła na niego z wdzięcznością.
-        Wszyscy – oznajmił obruszony Jama. – Wszyscy. Nie rozmawiałem z nikim, kto nie byłby osobą.
-        Może nie umiałeś spotkać nikogo, kto nie byłby tobą? – zauważył mędrzec.
-        Widać nie było mi to dane – głos księcia odzyskiwał swoją dawną hardość.
-        A ile drzew, ptaków i przestrzeni minąłeś zanim tu dotarłeś? – zapytała czarnowłosa, która przygarbiła się na chwilę. – Ile pyłu uciekło spod kół twojego rydwanu? Ile dni i nocy przebiegło nad tobą? Ile gwiazd wplątało w twoje włosy swoje dalekie światła?
-        Nie rozumiem – pokręcił głową Jama.
-        Idź! – zakrzyknęła dziewczyna.
-        Nie zabijesz mnie? – spytał z nadzieją Jama.
-        Ty już jesteś rozszarpany – oznajmiła młoda dama. – Nie da się czegoś rozszarpać dwa razy z rzędu. Usuń się zatem z naszych oczu – obelżywe słowa kobiety sprawiły, że władca poczuł wzbierającą złość, lecz zachowując resztkę rozsądku nie rzekł nic, tylko wybiegł pospiesznie z chaty.
 
-        I jak było u Karny? – spytał go woźnica. Jama spojrzał na niego czerwonymi jak ogień oczami i wyjąwszy miecz, przebił nim swojego sługę.
-        Musiałem jakoś odreagować – powiedział do trupa, po czym odpiął z rydwanu jednego z koni i pogalopował z powrotem do swojego kraju.
 
 
-          Znowu dwadzieścia – ucieszyła się Kali spoglądając na kości.
-          Jesteś niemożliwa – westchnął Karna, który mimo wszystko nadal wygrywał.
-          Wiem – zgodziła się z nim bogini zniszczenia. – Czasem przerażam samą siebie.
-          Naprawdę? – zdziwił się mędrzec znów wyrzucając ósemkę.
-        Sam widziałeś przyjacielu – pokręciła głową czarnowłosa. – Po tych ziemiach włóczą się tylko cienie i upiory. Ich mowa jest echem mojego głosu, a ślady moich szponów dawno już odcisnęły się w ich sercach. Który to był rzut?
-        Tysięczny – oznajmił uczony. – Obawiam się, że wygrałem.
-        Tak rzadko zdarza mi się przegrywać, że bardzo mi się to podoba – ucieszyła się bogini. – Wygrałeś życzenie. Czego ode mnie oczekujesz Karno, synu Słońca? – tylko Kali wiedziała, że jeden z przodków mędrca był gwiazdą, która wyrzeźbiła kiedyś w swoim wnętrzu istotę podobną do ludzkiej, a uczyniła to w celach turystycznych. Dla wszystkich innych imię Karna wiązało się z pewnym starym indyjskim eposem, co zresztą też nie było dalekie od prawdy. Jakby nie było, słoneczne dziedzictwo sprawiło, że dom uczonego był chętnie odwiedzany przez rozmaite istoty włóczące się w sobie tylko wiadomych celach po tym zakątku wszechświata.
-        Chciałbym, żebyś wskrzesiła pewnego woźnicę, którego ciało leży nieopodal mojego domu – poprosił ją mędrzec.
-        Tylko tyle? – zdziwiła się Kali odchodząc od stołu. Dom mędrca odbudowała już wcześniej wprowadzając do niego trochę własnych pomysłów, z których jej przyjaciel był bardzo zadowolony. Pojawiła w nim na przykład zapadnia przestrzenna dla niechcianych gości i sala w której Karna mógł zapisywać graną przez siebie muzykę tak, jak zapisuje się słowa na kartce papieru.
-        To jedyny efekt naszej rozmowy z tym indywiduum – mędrzec wzruszył ramionami.
-        Jesteś zbyt troskliwy – skrytykowała go bogini. – Taka ładna gra o nic...
-        Nie jestem materialistą – uśmiechnął się uczony.
-        A powinieneś być – Kali zmarszczyła brwi. – Nie przybyłam tu tylko dla idiotów. W niszczeniu jest też ziarno stworzenia.
-        Wystarczy mi twoje towarzystwo, moja piękna przyjaciółko – Karna skłonił się kładąc dłoń na sercu.
-        To mi się bardziej podoba! – zakrzyknęła udobruchana bogini i poszła wskrzesić woźnicę, zadbawszy też o to, żeby przez najbliższe kilka dni pozostał niemy.

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese