Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
18.08.2018, godz. 05:13

Pałac Ramnagar i buddyjskie Sarnath. Pamiętnik indyjski, część 56.

 
   Najwspanialszą kulturalną wizytówką Varanasi, o ile można tak powiedzieć o żyjącej osobie, jest obecnie wielka, wiekowa już śpiewaczka, Girija Devi. Oczywiście nie tylko ona, wśród licznego grona muzyków i innych twórców, wywodzi się z pełnego legend Benaresu. Tym niemniej związek Shri Mati (czyli „Czcigodnej Matki”, jak tytułuje się w Indiach wiekowe i zasłużone damy) Giriji z miastem Gangesu jest szczególny, należy ona bowiem do rodu dawnych władców miasta, którym Brytyjczycy pozwolili zachować długo namiastkę autonomii. Ucieszyłem się, iż pałac rodu Giriji wciąż istnieje i dostępny jest dla zwiedzających.  

 

   Girija Devi jest największą żyjącą specjalistką od thumri, półklasycznych pieśni miłosnych, powstałych na dworze w Lucknow pod wpływem sztuki tamtejszych kurtyzan. Dwór w Lucknow silnie wpływał na prowincjonalne wobec niego Varanasi. Do dziś owa relacja pozostała żywą, gdyż to Lucknow jest stolicą wielkiego i budzącego w Indiach wiele kontrowersji stanu Uttar Pradesh, zaś Varanasi jest stosunkowo ważnym miastem położonym w pobliżu dawnego miasta kurtyzan i nawabów. Oczywiście arystokratka zajmująca się sztuką kurtyzan z początku wywoływała wiele kontrowersji. Obecnie jednak Girija Devi jest postacią powszechnie uwielbianą, zaś thumri stały się ulubionym przysmakiem wielu melomanów.
   Aby dojechać do pałacu Ramnagar musieliśmy wziąć rikszę. Tak jak w każdym stosunkowo małym mieście, dla rykszarzy dawny pałac władców znajdował się „bardzo daleko” od naszego ghatu, choć taki sam dystans w Delhi czy Chennaju nie pozwala jeszcze wyjechać poza ścisłe centrum. Musieliśmy zatem zapłacić cenę wyższą od stołecznej, co do pewnego stopnia usprawiedliwiał fakt, iż ryksze benareskie napędzane były droższą benzyną, nie zaś gazem, tak jak w Delhi, czy Agrze. Pokonanie zatłoczonej i chaotycznej drogi wiodącej wzdłuż ghatów okazało się jak zwykle żmudne i czasochłonne. Wobec totalnego braku zajmującej się tym policji, najczęściej pojazdy jadące z bardziej zatłoczonej strony skutecznie blokowały możliwość poruszania się w drugą stronę. Efekt był taki, iż nawet sławny agryjski chaos zaczął mi się wydawać stosunkowo cywilizowany. A przecież w Agrze przemieszczało się każdego dnia wielokrotnie więcej pojazdów niż w Varanasi. Agra była większa i bogatsza, ale też stanowiła ważny punkt na trasie łączącej Delhi z południowymi i środkowymi Indiami.
   Przedzierając się przez gąszcz riksz, motorynek i dżipów wybaczyliśmy naszemu kierowcy zachłanność, on zaś dzielnie i cierpliwie przebił się w końcu przez benareskie korki. Dalej czekała nas kolejna niespodzianka. Przy wyjeździe z centrum w stronę Ramnagaru nasz kierowca przekazał nas innej rykszy prowadzonej przez młodzieńca o szalonym spojrzeniu. Wkrótce zrozumiałem to szaleństwo. Droga wiodąca do pontonowego mostu na Gangesie okazała się najgorszą, jaką w życiu jechałem. Ryksza wpadała w głębokie na metr dziury, wpadała na porozrzucane kawałki jakichś dawno obalonych ścian, na wystające z ziemi metalowe pręty i sto tysięcy innych rzeczy. Przypomniały mi się moje przejażdżki z tamilskim rykszarzem z lankijskiego Hatton, gdzie poruszaliśmy się niekiedy po górskich ścieżkach, pełnych porozrzucanych głazów różnej wielkości. Ryksza jęczała i trzeszczała, co rusz zdawało się, iż pękły jej osi, lecz mimo to jechała dzielnie i do przodu. Droga w Varanasi, wiodąca do Ramnagar, była jeszcze gorsza. Nie mogłem zatem wyjść z podziwu dla wytrzymałości maleńkich pojazdów firmy Bajaj i talentu ich kierowców. Co ciekawe, przy owej tragicznej, ziemnej przeprawie znajdowało się mnóstwo sklepów, domów etc., co oznaczało, iż stanowi ona element tutejszej normalności, nie jest zaś tylko wyjeżdżonym naprędce skrótem przez ziemię niczyją. Znów przypomniały mi się słowa Nepalczyka Rajkumara o dzikości wschodniej części Uttar Pradesh. „Tu znajdziesz wioski i miasteczka, do których praktycznie nie da się niczym dojechać i gdzie nie znają jeszcze elektryczności” – zachęcał mnie i jednocześnie ostrzegał ów uzdolniony student z Himalajów. Mam nadzieję, iż Hindusom uda się w końcu podzielić nieszczęsny, gigantyczny Uttar Pradesh na trzy części, tak aby można nim było sprawnie administrować.
   Tymczasem wjechaliśmy na most pontonowy, ledwie wystający znad powierzchni Gangesu. Pasował on do reszty drogi. Utworzono go z narzuconych niedbale na metalowe cysterny drewnianych belek. Cysterny jak to cysterny – jedne przeciekały i prawie tonęły w wodzie, inne były stosunkowo puste. Części belek rzecz jasna brakowało, przez co chwila otwierały się przed nami dziury grożące wpadnięciem do rzeki. Trzeba je było omijać, lub przelatywać nad nimi, co też robiliśmy. Most kołysał się i wydawał przeróżne dźwięki. Poza szalonymi rykszarzami mało kto odważał się wjeżdżać na ową konstrukcję. Było natomiast trochę pieszych, nie chcący wędrować do odległego o kilka kilometrów zwykłego (przynajmniej jak na Varanasi) mostu. Gdy ich mijaliśmy, widać było, iż szczerze żałują iż są w połowie tej przeprawy. Większość z nich miała twarze pożółkłe ze strachu, choć przecież Hindusi, jeśli pominąć powszechny lęk wysokości i niechęć do pływania, są odważnymi i twardymi ludźmi. My po wiodącej do mostu drodze czuliśmy się całkowicie zrelaksowani. Z zaciekawieniem spoglądaliśmy na drugi brzeg, gdzie za powstałym spontanicznie wśród mułu, piachu i slumsów targowiskiem wyłaniały się malowniczo mury Ramnagar. Ich stylistyka była w pełni mogolska, tak jak większości najstarszych obiektów w grodzie Sziwy.
   Z placyku wyglądającego niezbyt zachęcająco dostaliśmy się do wnętrza pałacu za stosunkowo niewielką opłatą. Weszliśmy na rozległy dziedziniec, który nie był tak piękny jak Ramnagar od strony rzeki. Podobnie jak w przypadku Pałacu Miejskiego w Udajpurze mieliśmy tu do czynienia z wątpliwymi artystycznie inwestycjami podupadłych indyjskich arystokratów, którzy utraciwszy swoją niezależność, za stosunkowo nędzne środki finansowe, starali się jakoś zachować swój wynikający z pochodzenia status. Smętne, XIX wieczne dodatki zakrywały dużo lepsze, choć też skromne, XVIII wieczne skrzydła mieszkalne. Wewnątrz znajdowały się zupełnie przypadkowe zbiory, związane z życiem codziennym tutejszych władców. Obok lektyk widzieliśmy zatem dwa samochody, różne stroje, trochę broni, trochę podarków od innych, nie mniej biednych indyjskich królików doby kolonialnej. Wszystko to było straszliwie zaniedbane, pozbawione jakiejkolwiek ręki konserwatora. Obecnie część pomieszczeń Ramnagaru była odnawiana, jednakże czynili to zupełnie niewykwalifikowani robotnicy, chlapiący przy tym farbą i tynkiem na elementy kolekcji.
   W najmniej żałosnym stanie znajdowała się sala audiencyjna zamku, urządzona z gustem. Nie można było do niej wejść, pozostawało jedynie spojrzenie przez zakratowane drzwi. W wiodącym do niej przedpokoju znajdowały się portrety goszczonych tu często władców, takich jak Maharadża Mewaru, Barody i władcy innych, pomniejszych księstw i królestw. Większość z owych przedstawień była skromna artystycznie, jedynie najstarsze portrety robiły wrażenie. Jak zwykle oglądając oblicza tych władców w złych czasach miałem mieszane uczucia. Z jednej strony zdawałem sobie sprawę, iż większość z nich zachowała pozory władzy i udział w podatkach za cenę kolaboracji z okupantem, który po prostu nie miał dość własnych urzędników. Z drugiej strony wiedziałem, iż gdyby nie ci ludzie, nie moglibyśmy dziś mówić o indyjskiej muzyce klasycznej i tańcu. Pozostałyby tylko tradycje ludowe i świątynne, na północy Indii niezbyt wyrafinowane. Oczywiście niektórzy potomkowie kolaborantów budzili się niekiedy z wygodnego otępienia i stawali w szeregach bojowników o niepodległość kraju, tracąc niekiedy wszystko. Wydaje mi się, iż Hindusi wciąż nie rozliczyli się z tym elementem swojej historii, bowiem z jednej strony potrafią być oni zupełnie bezkrytycznie nacjonalistyczni, z drugiej zaś zapatrzeni w Londyn i jego kulturę.
   Zupełną odmianę przyniosło nam przeniesienie się do nadrzecznej części Ramnagaru, gdzie pamiętające dobre czasy mury z ozdobnymi wieżami i bramami piętrzyły się dostojnie nad prywatnymi ghatami (jedynymi chyba po tej stronie rzeki) i nad Gangesem. Było to z pewnością jedno z najpiękniejszych i najbardziej malowniczych miejsc na świecie! Nie omieszkałem skorzystać z okazji i zagrałem na jego tle średniowieczną improwizację, Kaja zaś zarejestrowała to na wideo.
   Postanowiliśmy bowiem pod koniec naszego pobytu w Indiach nagrać trochę takich muzycznych impresji, na pamiątkę i być może do celów komercyjnych, o ile taka sobie jakość obrazu i dźwięku na to pozwoli. Zaczęliśmy w Varanasi, co miało dość szczególny urok. W parnym powietrzu ghatów, w upalne dni i w gorące wieczory, wśród ciekawskich bezgranicznie Hindusów i błąkających się zwierząt, niezwykle trudno było skupić się na muzycznej improwizacji, jednakże, gdy już się udało, miałem wrażenie, iż jestem naprawdę zainspirowany. Sympatyczni i ciekawscy Hindusi przeszkadzali oczywiście w tym wszystkim jak tylko można, choć z drugiej strony pełni byli uznania i zrozumienia dla osób, które w jakiś praktyczny sposób wykorzystują swój czas w Benaresie, nie ulegają zaś dziwacznym modom na turystyczną mistykę, czy barwną Cepelię.  Nawet grasujący po ghatach naciągacze i pokątni handlarze odłożyli na bok swoje rzemiosło i gadali z nami zupełnie bezinteresownie. Nie dziwiło mnie to, bowiem dla osób wyrosłych z biednego miejsca i walczących jakoś o przetrwanie turystyka jest czymś kompletnie niezrozumiałym, zwłaszcza, że i wielu turystów w Indiach nie za bardzo wie, czego od Indii oczekuje.
   Innym ciekawym miejscem do nagrań okazała się hawela położona nieopodal wyjścia z naszej części ghatów na główną przygathową obwodnicę (o ile można ów chaos tak określić). Przyznam, iż wciąż ma problem z terminem „hawela”. W najpopularniejszym rozumieniu termin ów oznacza „tradycyjny dom indyjski”, ale też bywa często stosowany w znaczeniu „świątynia”. Mówi się na przykład o „Haveli Sangeet”, jako o stylu pieśni świątynnych poprzedzającym tradycyjny dhrupad. Jak wygląda zaś ów tradycyjny indyjski dom? To też nie jest dla mnie jasne, lecz po urbanistycznych doświadczeniach z UP, Delhi i Radżasthanu mogę sformułować taką oto roboczą definicję. Hawela to grupa mieszkań wzniesiona wokół dziedzińca i korespondująca z nim. Korytarze tworzą tu przestrzeń wspólną, co podkreślane jest niekiedy kratownicowymi posadzkami, z których widać dziedziniec i inne korytarze, co ułatwia komunikację i wzajemne współuczestnictwo w codziennym życiu osobom zamieszkującym hawelę, stanowiącym najczęściej bliższą, bądź dalszą rodzinę. Oczywiście kratownicowe posadzki mogły z uwagi na technologię zaistnieć dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Wcześniejsze hawele zawierały swego rodzaju wewnętrzne sukiennice, gdzie toczyło się wspólne życie mieszkańców. Hawele, które poznałem, poprzedza zazwyczaj pięknie zdobiona, kamienna brama, przypominająca bramę świątynną z uwagi na przedstawienia bogów. Podobnie też, jak w Starożytnym Rzymie, hawela zawiera też prywatną świątynię, lub ołtarz, poświęcony preferowanemu przez mieszkańców bóstwu, lub bóstwom.
   Hawela, której staliśmy się bywalcami, stanowiła restaurację, obsługiwaną w dużej mierze przez ekscentrycznych chłopów, nie znających za bardzo angielskiego i radzących sobie w dość szczególny sposób z zajęciem kelnera, czy kucharza. Pomimo wrażenia chaosu i zaniedbania, jedzenie przez nich przygotowywane okazało się smaczne i w miarę higieniczne. Jadało się tam albo na środku dziedzińca, albo w jednej z sukiennic, gdzie wisiał obraz sadu palącego haszysz. Przybywali tu chętnie turyści, z których niektórzy wyglądali podobnie jak zażywający narkotyki kędzierzawy i rozczochrany sadu. Co ciekawe, prości ludzie prowadzący tę restaurację oferowali całkiem kosmopolityczną kuchnię, nie brakowało tu bowiem kuchni żydowskiej i arabskiej. Dania tej pierwszej przygotowane były ze znawstwem i choć podawane na zimno, nie wywoływały choroby żołądka.
   W obrębie tejże haweli mieściła się wolnostojąca, sięgająca swoją metryką zapewne dwóch stuleci, świątynia groźnej bogini Kali. Była ona wykonana znakomicie z kamienia, z licznymi elementami plastycznymi i doskonałymi, wyważonymi proporcjami. Główną część, nakrytą oczywiście piramidalną wieżą, poprzedzał stosunkowo rozległy portyk wsparty na wielu kamiennych kolumnach. Przybytek niszczycielskiej bogini wyglądał zazwyczaj na opuszczony i tonął w mroku. Skusił na on w końcu swoją tajemniczością i w znakomitej akustyce portyku dokonałem kilku nagrań. Oczywiście, niemal natychmiast zbiegły się dzieci z haweli, zaś za nimi pojawiły się ich mamy. Nikt jednakże nie robił mi wyrzutów z uwagi na to chwilowe przywłaszczenie ich świątyni.  Dobrze mi się tam grało, choć była to czynność dość męcząca przy temperaturze sięgającej 45 stopni w cieniu. Pomyślałem sobie nawet, iż zwiedzanie architektury poprzez muzykę to całkiem sensowna idea. Choć skupiałem się głównie na wzajemnych relacjach tonów obserwując budowlę kątem oka, to i tak lepiej rozumiałem wzajemną dyspozycję elementów architektonicznych.
   Oczywiście, będąc w Varanasi, musieliśmy zobaczyć Sarnath, czyli miejsce, gdzie Budda wygłosił swoje pierwsze publiczne nauki. Sarnath oznacza „Las Jeleni” i warto tu zwrócić uwagę na pokrewieństwo palijskiej nazwy z naszym słowem „sarna”. Nie jest ono przypadkowe. Głównym magnesem, który przyciągał nas do tego miejsca, była sztuka z okresu wielkiego cesarza Asioki, który działał w IV wieku p.n.e. i rozpropagował instytucjonalnie starszy od jego rządów o dwieście lat buddyzm.
   Droga do Sarnath okazała się dość szalona, jak na Varanasi przystało. Być może stąd wzięło się nieprawdziwe twierdzenie wielu moich znajomych, jakoby Sarnath było położone w pewnej odległości od Benaresu. Jak wskazała nam mapa satelitarna, Sarnath jest północną dzielnicą Benaresu, oddaloną od najdalszych względem siebie ghatów o jakieś dwanaście kilometrów, co stanowiło dystans często pokonywany przeze mnie w Delhi i bynajmniej nie wiodący na drugi koniec miasta, a i w Agrze takie odległości nie były czymś wyjątkowym. Wiele dużo mniejszych od Varanasi miast indyjskich rozciąga się na obszarze kilkunastu kilometrów, przynajmniej na jednej ze swoich osi. Oczywiście miejscowi rykszarze zachowywali się tak, jakby Sarnath było niemal w innym stanie (co w przypadku gigantycznego Uttar Pradesh znaczy tyle, co „na Marsie”). W przypadku płatnych przewoźników owa przesada nie była oczywiście bezinteresowna. Stąd zapewne wziął się mit o dalekości Sarnath.
   Gdy jednak ruszyliśmy w drogę, zacząłem rozumieć rykszarzy i moich znajomych. Wpierw przedzieraliśmy się przez korek „obwodnicy ghatów”. Później wjechaliśmy w zupełnie wiejskie regiony, gdzie zamiast pól szczerzyły się ku słońcu łachy piasku. Następnie utknęliśmy przed przejazdem kolejowym, gdzie niemal pół godziny czekaliśmy na spóźniony pociąg. Gdy wreszcie dotarliśmy na drugą stronę, wjechaliśmy na bruk, który sprawiał, iż spadaliśmy w półmetrowe dziury, lub wylatywaliśmy w powietrze. Tym razem byłem niemal pewien, iż ryksza Bajaj dotrze do granic swojej wytrzymałości, jednakże nic się nie stało. Być może ta wielka firma robi podwozia swoich maleńkich pojazdów z tytanu? Ich cena na to nie wskazuje, ale kto wie? W końcu to kwestia honoru. Wielu Hindusów kocha tę swoją markę niemal jak krykiet… Nie dziwię się, jest to miłość zasłużona…
   Gdy bruk, albo raczej ruiny bruku, zakończył się, wjechaliśmy na dobrą drogę, zaś nasz kierowca z wyraźną rozkoszą rozpędził swoją rikszę do rajdowych prędkości. Wkrótce wjechaliśmy w teren wyjątkowo jak na Varanasi zadbany. Wpierw ujrzeliśmy kilka buddyjskich świątyń wzniesionych tutaj przez buddystów z różnych krajów. Bardzo mi zależało na zobaczeniu placówki Sri Lanki, ze względu na sentyment, niestety, nie udało nam się jej znaleźć. Zatrzymaliśmy się na placyku, gdzie z jednej strony był park z ruinami głównych budowli antycznego Sarnath, zaś z drugiej umieszczone w zgrabnym, neopalladiańskim budynku małe muzeum archeologiczne. Okazało się, iż bilety do niego są tak samo drogie dla tubylców, jak i dla turystów, co było wyjątkowe i niezwykle miłe (przykładowo – obecnie zwiedzanie Taj Mahalu kosztuje Hindusa 50 rupii, obcokrajowca zaś 900 tychże!). Przy wejściu surowa kontrola skłaniała gości, aby zostawili w szatni wszystko, co może stanowić cień zagrożenia. Było tu znacznie bardziej restrykcyjnie niż przy kontroli lotniskowej.
   Zaraz po przekroczeniu muzealnej bramy, odkryliśmy przyczynę. Znajdował się tutaj bowiem legendarny kapitel kolumny Asioki, znaleziony wśród ruin Sarnath. To jedna z najwspanialszych rzeźb świata, stanowiąca do tego herb nowoczesnych Indii, będąca zatem marzeniem wielu terrorystów. Zniszczenie tego pięknego i bezcennego symbolu stałoby się wielkim sukcesem w oczach kaszmirskich, tamilskich czy manipurskich separatystów, nie byłoby też niemiłe dla niektórych Pakistańczyków, czy ultralewicowych indyjskich maoistów.
   Kapitel kolumny składa się z czterech lwów wyjątkowo pięknie wyrzeźbionych, wspartych na abstrakcyjnym abakusie. Dawniej na głowach lwów wznosiło się buddyjskie koło dharmy, którego relikty są eksponowane w muzeum za wspaniałym kapitelem. Obok niego w muzeum zgromadzono kilka posągów Buddy z czasów Asioki, wspaniałych, choć przyćmionych przez oślepiające niemal piękno kapitelu. Nie jest to dziwne – kapitel był z pewnością fundacją samego cesarza, zaś Buddowie niekoniecznie. Obok tego znaleźliśmy w muzeum resztki detali architektonicznych z tego okresu, a także rzeźby ze znajdującej się na tym terenie świątyni dżinijskiej. Kaja zwróciła uwagę na fakt, iż przedstawienia medytującego Mahavira i Buddy są niemal identyczne, prócz tego, przynajmniej w Sarnath, zapożyczały one od siebie nawzajem różne elementy. Ośrodek buddyjski na tych terenach istniał do jedenastego wieku, zaś tradycje rzeźbiarskie odchodziły stopniowo od antycznej doskonałości, choć gdzieś koło ósmego wieku nastąpiło pewne ich odrodzenie. Ze średniowiecza pochodziły też rzeźby ze świątyń hinduistycznych odkrytych na tym terenie, znacznie słabsze klasą artystyczną od lokalnej sztuki buddyjskie i dżinijskiej. Obok faktu, iż sztuka z czasów Asioki jest niemal nie do pobicia, słabość tutejszych zbiorów hinduistycznych związana była z tym, iż ważne dla buddystów Sarnath dla hinduistów było zapewne mało istotnym ośrodkiem kultowym.
   Potwierdził to przypuszczenie park archeologiczny, w którym można było zwiedzać ruiny dawnych buddyjskich i dżinijskich założeń kultowych. Tutaj wstęp dla osób z zagranicy opiewał na kwotę 100 rupii, dla Hindusów zaś na pięć, co stanowi cenę jednej herbaty. W parku dominowały zatem pary zakochanych, którzy w ten sposób mogli się zająć sobą z dala od ciekawskich oczu. W Indiach, zupełnie inaczej niż w Europie, przejawy czułości męsko damskiej wciąż są źle widziane w miejscach publicznych, choć, na szczęście, w wielkich miastach szybko to się zmienia. Ale nie byliśmy w wielkim mieście… Uśmiechałem się zatem serdecznie do młodych par, ślubnych i nieślubnych, życząc im powodzenia w korzystnych przemianach obyczajowych. Ktoś mógłby pomyśleć, że młodzi mają przecież domy, i być może Sarnath nie jest najlepszym miejscem do pocałunków, trzymania się za ręce, nieśmiałych przytuleń etc. Cóż – większość młodych hindusów mieszka w otoczeniu rodziców, rodzeństwa, dziadków, wujków, cioć, z których to większość pragnie zaaranżować ich związek, a nawet gdy mamy do czynienia z młodym małżeństwem, zaaranżowanym „jak trzeba”, to i tak nie zawsze mają oni miejsce dla swej intymności (o ile związek jest na tyle udany, iż jej potrzebują).
   Na Sarnath składają się otoczone średnio zadrzewionym parkiem rozległe ruiny świątyń i szkół buddyjskich, oraz dwie stupy. Jedna posiada nadal swoją pełną sylwetkę, poddaną częściowej rekonstrukcji, z drugiej pozostał jedynie kolisty fundament. Na fundamenty wznosi się kilka wyższych ścian, parę maleńkich pawilonów, oraz kilka kolumn. Na zachowanej częściowo stupie przetrwały fragmenty wspaniałej dekoracji rzeźbiarskiej, o raczej niefiguratywnym charakterze. Do głównej stupy można też podejść od rządowej świątyni buddyjskiej, wzniesionej przy współpracy z przedwojennym rządem Japonii, w czasach jeszcze kolonialnych. Wtedy reprezentantem strony indyjskiej był jeden z przemysłowców, starający się w ten sposób odtworzyć wspaniałość historii swojego kraju.
   Do Sarnath przypomina otoczony murem przekraczanym przez niesfornych handlarzy mały park z jeleniami, mający nawiązywać do etosu miejsca. Jest w nim pełno jeleni, zaś handlarze oferują turystom gotową karmę dla tych uroczych zwierząt. Dla wielu Hindusów są one większą atrakcją, niż sławne ruiny.
   Moje wrażenia z tego miejsca do dziś są dla mnie trudne do nazwania. W filozofii Buddy zawarta jest niezwykła, odświeżająca oryginalność. Choć nie przypuszczam, aby było cokolwiek mądrego w wierze w reinkarnację, podoba mi się odkrywcze twierdzenie Buddy na temat tego, iż człowiek złożony jest z różnych, przypadkowych elementów, fizycznych i psychicznych. Owe elementy zrastają się i rozpadają się, zatem należy patrzeć na nie, czyli na samego siebie z pewnym dystansem. Czemu ma służyć ten dystans? Budda twierdził, iż uniknięciu cierpienia. Ta myśl nie jest dla mnie zbyt bliska. Nie sądzę, aby rozsądnym było nazywanie naszej jedynej chwili istnienia cierpieniem, którego należy uniknąć, tudzież istnieć medytując. Z drugiej jednak strony słowo „medytacja” posiada szerokie pole znaczeń. W końcu, nawet pisząc te pamiętniki, w jakimś sensie medytuję, a czyniąc to, cieszę się życiem. Być może, gdybym chciał za wszelką cenę wydać moje zapiski, cierpiałbym na niepokój z tym związany. A tak, patrząc na to z pewnym dystansem, czuję się szczęśliwy. Po namyśle muszę przyznać, iż nawet buddyjskie pojęcie cierpienia ma pewien sens. Gdyby ktoś mi powiedział – „po prostu pisz, a wtedy unikniesz związanego z tym napięcia i związanego z tym pogorszenia działania”, zgodziłbym się z nim. Być może tak powiedziałby mi Budda, gdybym go spotkał. Ale z drugiej strony, kto wie, jaki był Budda? To, co o nim wiemy, zawdzięczamy w dużej mierze czasom Asioki, z pewnością ów wybitny władca skodyfikował tę religię, dokonał imponujących fundacji. Może to właśnie on, wraz z myślicielami których wspierał, jest w dużej mierze autorem buddyzmu jaki dziś znamy.
   W ruinach Sarnath też dokonałem nagrań. Improwizując zaś wśród pradawnych ścian, które utraciły niemal wszystko, co dźwigały, zastanawiałem się nad tym, czy owe budowle wyrosły rzeczywiście z idei Buddy. Czy ten człowiek, ostrzegający przed bezmyślnością, walczący z rytuałami, rzeczywiście pragnął stup i szkół o określonym programie. Czy chciał, aby uznawano go za swoistego proroka, albo nawet boga? Czy to on propagował instytucję zakonu, gdzie to co powinno być intymnym odkryciem, staje się wymogiem, oczywistą konwencją, nakazem…? Zapewne nigdy nie dowiemy się, jaki był prawdziwy Budda, zaś ruiny, które miałem przed swoimi oczami były najbliższym fizycznym śladem jego obecności. Dużo więcej zaś mówiły o Asioce i historii Hindusów…
   Po zwiedzeniu Sarnathu spacerowaliśmy czas jakiś po pozostałych częściach tej sławnej dzielnicy Varanasi. Widzieliśmy baśniową świątynie Tajów, oraz konserwatywnie chińską i osamotnioną świątynię buddystów chińskich, które ogrodowo pawilonowe wnętrze, oparte na doskonale kwadratowych proporcjach spodobało mi się ogromnie. Tuż przed zamknięciem zwiedziliśmy rządową świątynię buddyjską, nietypową, bowiem swym planem przywodzącą na myśl kościół, albo meczet, gdzie gromadzą się wierni. Powrót z tego miejsca był jeszcze bardziej szalony, niż dotarcie doń, lecz i tym razem riksza ocalała.
 
(ciąg dalszy nastąpi)
  

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese