Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
21.10.2018, godz. 11:44

Kaszmirka, bębny w parku i bracia z Varanasi. Indyjski pamiętnik, część 69.

 
   Musiałem przyznać, iż Barrista, w której się spotkaliśmy, jak na swój ekskluzywny charakter była wyjątkowo słabo klimatyzowana. Czułem się dość zmęczony rozmową, bowiem szef Delhijskich Wolnomyślicieli co chwila wpadał w monolog, zaś wszyscy nastawieni byli na amerykańskiego dziennikarza, który, moim zdaniem, nie zadawał zbyt interesujących pytań. Nie był ciekaw dojścia zgromadzonych przy stole ludzi do ateizmu, czy ich realnych działań jako organizacji. Skupiał się raczej na tym, jak sobie radzą z ateizmem w życiu codziennych, lecz po uzyskaniu wyczerpującej i dość krótkiej odpowiedzi, drążył temat dalej, choć niewiele z niego zostało. Po czym napisał o tym w kilku zdaniach, tak jak pisuje się o różnych subkulturowych trendach.

 

   Ja uzyskałem odpowiedź na podobne pytanie już na samym wstępie naszego spotkania. Wśród Delhijskich Wolnomyślicieli nie było agnostyków, tylko sami ateiści. Brało to się stąd, iż każdy hinduista jest na swój sposób agnostykiem. Nie ma bowiem w hinduizmie jasno określonej doktryny, nikt też nie nakłania nikogo do regularnego uczestnictwa w jakichkolwiek obrzędach, do codziennych modlitw, czy też okazywania jakiejkolwiek z góry wyznaczonej postawy wobec wizerunków bogów. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, lecz ogół hinduistów ma dużo lżejsze podejście do swojej wiary, niż monoteiści. Ta sama swoboda udziela się też wielu indyjskim muzułmanom. Jedynie chrześcijanie są ostatnio w Indiach pojmowani jako obrońcy postawy pełnej uwielbienia i określonych zasad. Dzieje się tak dzięki dużej aktywności amerykańskich kościołów protestanckich, nastawionych na misjonarstwo i tworzących olbrzymie napięcia wśród innych Hindusów, owocujące niekiedy przelewem krwi.
   W bardziej tradycyjnych Indiach wiele mitycznych rzeczywistości nakłada się na siebie. Różne miejsca kultu pojmowane są na setki różnych sposobów, służąc niekiedy wielu różnym religiom. W związku z tym Hindusi nie mają większego problemu z kreacjonizmem na przykład, co nie oznacza, iż ogół z nich rozumie i akceptuje fakt ewolucji naturalnej. Traktowane one są jako kolejny mit jakiejś warstwy społeczeństwa. Istotą Subkontynentu jest synkretyzm, niewymuszony, naturalny postmodernizm. Nikt prawie nie docieka ogólnej prawdy (przynajmniej drogą intelektualną), każdy zawieszony jest w szklanej kuli tradycji ustanowionej przez pochodzenie rodowe i kastowe. Na całym świecie istnieje oczywiście takie rozdwojenie jaźni, karzące łączyć święte teksty z zupełnie im obcą rzeczywistością. Tym niemniej nigdzie chyba, tak jak w Indiach, nie jest to aż do tego stopnia „rozumiejące się samo przez się”. Tak więc dopóki Hindus nie styka się z ceremoniami dotyczącymi ożenku, lub ze światem wielkiej polityki, gdzie niekiedy guru i samozwańczy bogowie grają pierwsze skrzypce, może się dowolnie usadawiać w społecznym kontekście. Główne tabu, jakie może złamać, to przekroczenie wciąż obowiązujących nakazów i przywilejów kastowych.
   Zatem pytanie o radzenie sobie w codziennym życiu nie miało większego sensu. Dopóki ktoś nie walczył z naciskami różnych religii na rząd stanowy, czy federalny, dopóki ktoś nie związał się małżeńsko z osobą nie do przyjęcia dla jego rodu, mógł robić w zasadzie to, co chciał i wypowiadać się na dowolny temat w dowolny temat. O ile jednak padały pytania o codzienność, to nie poruszaliśmy kwestii dotyczących bardziej oficjalnych działań, choć nieraz upominałem się o to, gdy dano mi dojść do słowa. Nie doceniałem przy tym północnoindyjskiej skłonności Delhijskich Wolnomyślicieli do popadania w rozmowie we własne dygresje i marzenia, zatem czułem się podwójnie zmęczony. Co jakiś czas zatem wychodziłem na taras, aby zapalić papierosa, i w piekielnym żarze popołudnia spoglądałem z rezygnacją na szare kłęby tytoniowego dymu. Wśród zgromadzonych nikt poza mną nie palił, co też mnie zdziwiło i trochę rozczarowało, bowiem wyjście na papierosa zawsze było okazją do nawiązania bliższych kontaktów na takich oficjalnych spotkaniach.
   Spotkanie zakończyło się nagle i miałem wrażenie, iż większość moich pytań pozostała bez odpowiedzi. Pewne ciągi logiczno znaczeniowe, które przedstawiłem powyżej, były wynikiem mojej dość ciężkiej pracy nad selekcją dygresyjnego materiału. Postanowiłem powiedzieć moim gospodarzom szczerze, iż nie jestem zadowolony z tego zebrania. Przyjęli moją krytykę ze zrozumieniem i dużą dozą zaskakującej życzliwości, po czym postanowili umówić się ze mną za tydzień, do czego jeszcze dojdziemy. Tu mogę tylko nadmienić, iż na następnym spotkaniu przekonałem się, iż Delhijscy Wolnomyśliciele są niereformowalni, czyli tak samo jak wszyscy Hindusi z Północy bardzo egzotyczni w swoim myśleniu, prawie uniemożliwiający wymianę poglądów w dyskusji. Nie oceniam tego jako wady – po prostu zróżnicowanie kulturowe, być może nie ma zbyt wielu innych nacji, które byłyby dla Europejczyka tak trudne w komunikacji jak mieszkańcy północnej części Indii.
   Miałem jeszcze nadzieję na koncert w Habitacie, zatem Kaszmirka postanowiła mnie tam podrzucić. Była ona bardzo piękną, młodą kobietą, jak wszyscy mieszkańcy Kaszmiru obdarzoną wyjątkowo jasną karnacją i turecko – indoeuropejskimi rysami twarzy. Ubrana była jak nowoczesna kobieta biznesu, w krótką spódnicę i elegancki żakiet. Po drodze dowiedziałem się, iż mieszka teraz w Delhi. Jej rodzice byli braminami kaszmirskimi. Jak się okazuje, ów region nie zawsze był stricte muzułmański. W efekcie tarć zaistniałych w tym regionie, lokalni hinduiści zostali wygnani lub wymordowani przez muzułmańską większość, którą obecnie widzi się raczej jako ofiarę prześladowań w dużej mierze hinduistycznego rządu. Pierwszym krokiem na trasie exodusu kaszmirskich hinduistów był stan Jammu, o zupełnie innym charakterze od Kaszmiru. Był to stan raczej hinduistyczny, dzięki czemu zbiedzy mogli czuć się tam w miarę bezpieczni. Do dziś wielu ich tam zostało. Co ciekawe, w tych górskich, północnych stanach zachodzi ogromne zróżnicowanie językowe i kulturalne. Mówi się tam nie tylko językiem kaszmirskim, ale wieloma innymi. Kultura hinduistów z Jammu jest zupełnie inna od tradycji politeistów pochodzących z Kaszmiru. Samochód Kaszmirki był jak na Indie bardzo luksusowy, podobnie pojazdy innych Delhijskich Wolnomyślicieli. Widać było, iż są to ludzie bogaci, którym majątek daje dużą niezależność działania i co za tym idzie, myślenia.
   Wracając już do domu, otrzymałem wpis facebookowy od mojego młodego przyjaciela Kartikeyi, cierpiącego na muzyczną obsesję. Ów nastolatek żył tylko i wyłącznie muzyką. Nie chciał z nikim rozmawiać, tylko grać. Było to piękne, ale też przy ponad czterdziestostopniowych upałach nieco straszne. Tym niemniej zdecydowałem się skorzystać z jego zaproszenia na wspólną improwizację w Parku Jeleni będącym częścią wielkich, zielonych terenów Hauz Khas. Była to piękna część Delhi, uginająca się od wspaniałych zabytków, wciąż jeszcze mało przeze mnie spenetrowana. Pocieszałem się zatem, iż nawet jeśli wspólne granie nie przypadnie mi do gustu, to będę mógł przejść się po malowniczych okolicach.
   Wcześniej jednak wybrałem się do kina na dwa indyjskie nowe horrory. Bardzo cenię indyjskie filmy i z wielką ciekawością obserwuję rozwój nowych gatunków. O ile w dziedzinie kina miłosnego Hindusi nie mają sobie równych, o ile też mają wielkie doświadczenia w komediach (choć nie każdy polubi indyjskie poczucie humoru), w filmach sensacyjnych, w opowieściach zemsty i filmach o przesłaniu społecznym, o tyle wciąż jeszcze muszą tworzyć swój własny styl w filmach fantastycznych, horrorach i obrazach stricte realistycznych (zwłaszcza gdy mówimy o największym filmowym producencie, czyli kinematografii bollywoodzkiej z Mumbaju). Po mających mnie czekać horrorach spodziewałem się zatem pewnych niedociągnięć, jednakże z nadzieją oczekiwałem też nowych, interesujących rozwiązań. Ani na jednym, ani na drugim się nie zawiodłem.
   Wpierw miałem okazję obejrzeć film „Hounted” Vikrama Bhasha, indyjskiego specjalisty od horroru. Seans miał miejsce w odnowionym kinie Odeon, usytuowanym w kolejnej po kinie Plaza szprysze Connaught Place. Gdy byłem w Delhi cztery lata temu, Odeon był zamknięty, choć zaznaczony na niektórych mapach. Przed pięknie odrestaurowaną fasadą budynku z zaciekawieniem ujrzałem elegancką budkę z różnymi rodzajami betelu i innych indyjskich używek w tym stylu. Pierwszy raz widziałem w Indiach tak elegancką placówkę tego typu! Dalej ulicę przegradzał bardzo głęboki wykop. Nie wiem, co tu robiono. Czy kolejną linię metra (a pod CP biegły już trzy, na różnych wysokościach), czy też podziemną ulicę, która odciążyła by ruch na zewnętrznym kręgu CP. Kino było niemal równie eleganckie jak Plaza, podobnie wysoka była jakość obrazu i dźwięku (wszystko w pełni cyfrowe, etc). Nie wiem, czy w Polsce można by znaleźć kino o równie wysokim standardzie.
   Film Hounted był pierwszym indyjskich horrorem 3D. Szybko się przekonałem, iż w przypadku opowieści niesamowitej, pełnej niepokojących dźwięków i wyłaniających się nagle makabrycznych obiektów, trójwymiarowość robi swoje. Film miał wiele naiwnych elementów, od głównego bohatera począwszy, który to odzyskiwał straconą na początku wiarę, przez co jego mantra do Hanumana mogła wywrzeć odpowiedni efekt na złym duchu. Były też jednakże rzeczy bardzo interesujące, wypływające z większej chtoniczności mieszkańców Subkontynentu. Zły duch był zabitym przez niedoszłą ofiarę gwałcicielem, przy okazji uczącym muzyki. Gdy był już duchem, jego dawna uczennica, obdarzona oczywiście nietuzinkową urodą, była już zupełnie bezbronna i została zgwałcona przez ducha, po czym powiesiwszy się, przez wiele dziesięcioleci była duchem – ofiarą. Oprócz niej w filmie nie brakowało też oczywiście innych ofiar. Główny bohater miał zając się zburzeniem nawiedzonego przez duchy secesyjnego domu i budową na jego miejscu hotelu. Zmuszony jednakże przez siły nadprzyrodzone, poznał historię biednej ofiary gwałtów i postanowił jej pomóc z pomocą tajemniczego sufiego. Pomoc polegała na… podróży w czasie. Nie chcę zdradzać całości fabuły filmu, który po prostu warto obejrzeć. Najbardziej podobała mi się w nim indyjska chtoniczność, nieumiarkowanie w łączeniu erosa i tanathos, erotyki i śmierci, atawizmów pożądania i lęku, leżących u podstawy większości horrorów.
   Podobnie rzecz się miała w Ragini MMS. Tym razem nie był to film 3D, lecz na podobieństwo hiszpańskiego Rec. kręcony z kamer posiadanych przez bohaterów. Kanwą tej opowieści znów był nawiedzony dom, jednakże bohaterowie byli dość ekscentryczni. Mieliśmy bowiem zakochaną, naiwną dziewczynę, i młodzieńca, który uwiódł ją, aby różnymi ukrytymi kamerami zrealizować film pornograficzny. Choć nie było w filmie scen rozbieranych, to jednak szedł on bardzo daleko w erotycznych sugestiach. Przez połowę filmu widzieliśmy ponure widmo mające zakończyć życie nieproszonych gości na brzegu obrazów realizowanych przez kamery, których to bohaterowie nie oglądali, pogrążeni w błogiej nieświadomości. Był to ciekawy i subtelny zabieg. Gdy zła siła przejawiła się, następowała całkowita zmiana nastroju. Znikały dialogi, bohaterowie mogli tylko bełkotać. Ostatnie sceny filmu upływały na śledzeniu poczynań nieszczęsnej bohaterki, która przykuta erotycznym łańcuchem do łóżka została postawiona naprawdę w nienajlepszej sytuacji. Zatem znów nader śmiały erotyzm połączony z grozą nieumarłej zjawy, która wyłaniała się nad nieświadomymi niczego, pogrążonymi w pieszczotach kochankami. Film ten cieszył się dużą popularnością, gdyż przełamywał kolejne obyczajowe tabu narzucone onegdaj kinematografii indyjskiej. Gdy jednak poszedłem na niego, leciał już wiele tygodni i stare, zakurzone kino Regal, było niemal puste. Choć Regal był już kinem w czasach Luytensa i jest wpisany w pełni w architekturę CP, jest on znacznie tańszy (prawie ośmiokrotnie) od Odeonu, czy Plazy. Ma za to urok retro. Ja sam wziąłem sobie miejsce w loży i przekonałem się, iż zupełnie pusty, wyłożony nadżartymi przez czas poduszkami balkonik jest świetny do oglądania filmów mających wywołać strach. Mówiąc szczerze, odechciało mi się horrorów na jakiś czas…
   Gdy następnego dnia jechałem na spotkanie z Kartikeyą, było tak gorąco, iż tylko wrodzone poczucie obowiązku wobec przyjaciół zmusiło mnie do odbycia tej szalonej podróży. Gdy wyszedłem na falującą od żaru powierzchnię ziemi, czekałem jeszcze chwilę na Kartikeyę, zaś mój zapał do muzykowania, o ile jakikolwiek istniał, wyparował do szczętu. W końcu przybył Kartikeya, z instrumentami w rękach. Wzięliśmy rikszę i nawet w niej Kartikeya próbował grać na bansuri, patrząc na mnie wymownie. Nie dołączyłem do niego, lecz podobnie jak rykszarz, próbowałem się tak usadowić, aby jak najmniej rozpalonego powietrza uderzało w moją twarz.
   Wysiedliśmy koło parku jeleni, w którym nieszczęsne zwierzęta leżały leniwie w wyznaczonych zagrodach, gdzie czasem były zamykane (ostatnio coraz częściej, bowiem zagrażały rzadkiej roślinności swoją liczebnością i apetytem). Gdzieś w głębi tego wszystkiego była altana, gdzie zebrało się już trochę osób. Część z nich była znajomymi Kartikeyi, zaczęliśmy więc wspólnie muzykować. Były skrzypce, gitara, trochę bębnów, no i flety. Pomiędzy nami kręciła się zaś urodziwa Hinduska i robiła zdjęcia bardzo drogim i profesjonalnym aparatem. Miałem ochotę dowiedzieć się czegoś o tych ludziach. Lecz po dwóch, trzech zdaniach rozmowa się urywała. Wszyscy chcieli tylko grać, ale nawet nie za bardzo razem. Każdy był przede wszystkim tu dla siebie. „Północne Indie” – pomyślałem z przekąsem i poczułem się trochę znudzony.
   Po półgodzinie zebrało się sporo bębniarzy i przeszliśmy na większy plac koło altanki. Po czym okazało się, iż zaczęto przede wszystkim bębnić, nie zwracając w ogóle uwagi na osoby grające na innych instrumentach. Choć rytmy nie były zbyt równe, Kartikeya zupełnie odpłynął w tym muzykowaniu, które ciężko byłoby nazwać wspólnym. Ja kilkanaście razy próbowałem się włączyć, lecz moje instrumenty były dość ciche przy kilkunastu bębnach i innych przeszkadzajkach. Kiedy rytm kilka razy zatrzymał się i automatycznie zmienił w trakcie mojej improwizacji, wyniosłem się stamtąd prychając z oburzenia. Po czym zacząłem realizować plan B, czyli zwiedzać różne grobowce, szkoły i karawanseraje porozrzucane hojnie i bardzo chaotycznie po tych okolicach. Były one niczym wyspy w parku i w osiedlowej zabudowie. Kilka z nich zwiedziliśmy swego czasu z Nishantem, lecz większość widziałem po raz pierwszy, zaś przy niskim, wieczornym słońcu prezentowały się one nad wyraz okazale. Nie omieszkałem im zrobić trochę zdjęć. Przy okazji wysłałem sms do Kartikeyi, w którym wyjaśniłem mu, iż nie podoba mi się granie z ludźmi, którzy słyszą tylko swoje bębny i w ogóle nie zwracają uwagi na innych, próbujących z nimi grać. „Denerwujące coś, co można by nazwać kółkiem bębniarskim” – dodałem na koniec. Kartikeya szybko mi odpisał – „ależ to jest kółko bębniarskie, myślałem, że znasz to, to amerykański pomysł”. „Nie wszystkie amerykańskie pomysły są dobre” – kontynuowałem, starając się uchwycić kolejną kamienną kopułę w interesujący sposób. Upał był nie do wytrzymania. Na wszelki wypadek miałem wciąż włączony GPS, który nie tylko pokazywał mi, gdzie jestem z dokładnością 2 metrów, ale też w którą stronę się poruszam. Nie chciałem się zgubić w przepastnych otchłaniach Hauz Khas, bowiem zaraz po sesji fotograficznej miałem zamiar odpocząć. Dopiero w metrze nazłościłem się trochę na Kartikeyę w myślach, bo przecież jak można wspólnie grać z kółkiem bębniarzy! Nagrałem to po części i bezlitosny mikrofon zdradził w owym bębnieniu znacznie więcej błędów, niż były to w stanie wyłapać moje biedne uszy.
   Pocieszyły mnie trochę piękne zdjęcia przedstawiające między innymi mnie jako muzyka, wykonane przez ową wspomnianą już dziewczynę. Już w metrze mogłem je oglądać na Facebooku. Kartikeya ucieszył się, że nie ze wszystkiego jestem niezadowolony, ja zaś na znak zgody zaznaczyłem go na moich facebookowych zdjęciach. Miło było się tak komunikować przez Internet w Delhi.
   Kolejnego dnia Habitat zaproponował koncert z udziałem panditów Sajana i Rajana Mishrów. Są to już od wielu lat jedni z największych śpiewaków w stylu khayal. Pochodzą z Varanasi. Klasyczna muzyka indyjska jest tak samo indywidualistyczna jak krykiet. Nie działa się w niej w grupie. Liczą się jedynie solista i akompaniament rytmiczny, czasem dodatkowy głos powtarzający jak echo pomysły muzyczne głównego śpiewaka lub instrumentalisty. Zdarzają się jugalbandi, kiedy to różnej maści soliści spotykają się i kreują ragę wspólnie, ale zdaniem znawców w decydującej większości przypadków spłyca to muzykę. Każdy wykształcony muzyk w Indiach posiada bowiem swój własny muzyczny świat, nie jest bowiem tylko wykonawcą, ale też kompozytorem. Wyrasta też z tradycji określonej Gharany (mówimy teraz o Północnych Indiach), te zaś potrafią się różnić między sobą diametralnie. Brak zapisu muzycznego dodatkowo utrudnia płaszczyznę porozumienia. Oczywiście, obecnie, dla potrzeb nauki zwłaszcza, dokonuje się notacji poszczególnych ragowych rozwinięć, ale obejmuje ona tylko rytm, wysokość i trwanie tonów. To, co w muzyce indyjskiej najważniejsze, czyli mikrotonalne rozwinięcia tychże tonów, nie jest zapisywane. Oczywiście, można by się postarać bardziej z tym indyjskim zapisem muzycznym – w europejskiej muzyce współczesnej odchodzi się od tradycyjnej notacji i zapisuje efekty szmerowe i mikrotonalne, których wcześniej nie odzwierciedlano na papierze nutowym. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego nie słychać o podobnych próbach reformy zapisu muzycznego w Indiach. Jest on niezbędny, zwłaszcza, że muzyczna edukacja przenosi się z rąk guru na uniwersytety i do szkół muzycznych. W obecnych czasach tradycyjna gurukula (czyli szkoła guru) jest zbyt niepraktyczna dla młodych ludzi. Mało kto może sobie pozwolić na zaszycie się ze swoim mistrzem w jakimś zamkniętym budynku i życie przez wiele lat tylko nauką muzyki, bez żadnych kursów z wiedzy ogólnej. Oczywiście wyjątkiem są gurukule religijne, gdzie „poświęca się doczesność dla potrzeb duchowych”. Niekiedy rodzice poświęcają zawczasu doczesność swoich dzieci i to, moim zdaniem, nie jest za bardzo w porządku. Oczywiście muzyczna gurukula podejmowana od dzieciństwa nasuwa podobne wątpliwości – który sześciolatek wie, iż chce żyć tylko i wyłącznie muzyką?
   Wracając do jugalbandi – oczywiście śpiewający razem bracia to coś innego. Od dzieciństwa stają się oni jednym, kolektywnym instrumentem, mają tych samych nauczycieli i podobne doświadczenia. Śpiewanie wspólne pozwala przede wszystkim wzbogacić eksplorację ragi, wynieść z niej więcej, albowiem linia melodyczna nie spoczywa w rękach jednej tylko osoby. Bardziej efektowne są też szybkie partie utworu, gdzie mogący liczyć na szybkie zastępstwo muzycy nie szczędzą swoich sił. W przypadku Rajana i Sajana Mishrów do zwykłych, znanych z jugalbandi zalet doszła ich ogromna kreatywność. Mając dwa głosy zaczęli eksperymentować z harmoniką, na którą nie ma miejsca w ściśle monodycznej muzyce indyjskiej. Sądząc po tym, iż podobne eksperymenty robią bracia Gundecha, duet braci w stylu dhrupad, nie ulega wątpliwości, iż w grę wchodzą wpływy muzyki europejskiej.
   Pewne elementy wyrafinowanego wielogłosu stosują bracia Mishra zwłaszcza w bhajanach, czyli lżejszych formach muzycznej pieśni, które jednak doprowadzają na szczyt klasycznego wyrafinowania. Eksperymentowanie z pieśnią jest dla wszystkich mniej kontrowersyjne, niż zmiany w tradycji związanej z ragą. W tej ostatniej Rajan i Sajan zazwyczaj dodają swój wielogłos na zasadzie ledwo wyczuwalnych smaczków i dla zwiększenia efektowności w najszybszych fragmentach ragi. Tak było i tym razem, na koncercie w Habitacie. Choć na rynku jest wiele nagrań braci z Varanasi, to starym, indyjskim zwyczajem zdobyć można tylko te sprzed wielu lat. Na szczęście cztery lata temu słyszałem kilka koncertów braci Mishrów i nie zaskoczyły mnie ich siwe włosy. A śpiewali lepiej, niż kiedykolwiek. Było to absolutne mistrzostwo. Doszedłem do wniosku, iż cztery lata temu jeden z braci miał przejściowe problemy z głosem, bowiem obecnie obydwaj brzmieli jak dzwony. Ich niskie głosy wyspecjalizowane były odpowiednio w różnych technikach zdobienia frazy. Jeden z braci śpiewał bardziej dźwiękiem płynącym z głębi ciała, drugi używał najczęściej górnych części aparatu oddechowego, przez co mógł sobie pozwolić na bardzo szybkie pasaże i ozdobniki.
   Był to jeden z najbardziej udanych koncertów w moim życiu. Wracałem do domu jak na skrzydłach, nie omieszkałem też poklepać po pyskach krów układających się do snu przed stacją metra. W pełnym kurzu mroku przewijały się tłumy postaci. Większość wracała z całodniowej pracy zaczętej z samego rana. Mieszkańcy Delhi udawali się do mniej lub bardziej ubogich domów, najgorzej zaś mieli ci, którzy przyjechali do stolicy aby znaleźć jakąś pracę i zarobić trochę grosza, który w ich wioskach i małych miasteczkach znaczył bardzo dużo. Niektórzy mieszkali w pustych, pozbawionych szyb pomieszczeniach nad sklepami, do których wchodziło się prostą drewnianą drabiną, gdyż nie opłacało się robić schodów do tak taniego lokum. Inni znów spali na ziemi przed miejscami swojej pracy, czasem na kocach, czasem na pryczach, a czasem zupełnie bez żadnej ochrony od strony ziemi. Gdy wracałem do hotelu, w pobliskiej wąskiej uliczce widziałem robotników, ubranych w poszarpane, wiejskie stroje, noszących cegły na swych głowach, lub też misy z zaprawą. Chudzi jak patyki, drobni, starali się przejść swój dystans jak najszybciej, aby uwolnić się od ciężkiego ponad miarę ładunku. Dla tych wszystkich ludzi wysoka kultura, czy też tematy podejmowane przez studentów na licznych delhijskich uczelniach były całkowitą abstrakcją.
 

0 komentarzy

Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese