Login Witaj w portalu HANUMAN.pl
26.09.2017, godz. 01:56
Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Dramat Karna cały.

Cały tekst mojego dramatu "Karna", opartego na Mahabharacie Wjasy do pobrania w fomie Microsoft Word:

 

http://www.przeklej.pl/plik/dramat-karna-jacek-tabisz-doc-00221ucntal03sp

 

Dramat ma cztery akty, na Hanumana wpisany został pierwszy. Trzy pozostałe w powyższym pliku. Miłej lektury. Komentarze i pomoc w wydaniu papierowym mile widziane :)

Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Dramat Karna. Akt I. Scena 4. Koniec aktu I.

Szakuni:
Nie ma pośród nas zgody na twoją zasadę,
Niewiele wszak dni minęło od Pandu zgonu;
Durjodhan ma ojca, kuzynów wśród sierót,
Na martwym nie wesprą się już wybory dawne...
Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Dramat Karna. Akt I. Sceny 2 - 4.

Chór uczniów:
Ile już trwa ta chwila, ile trwa ta lekcja?
Przy nas dzień jest dymem i rok jest jakby z pyłu,
Słońce tutaj przenigdy nie chowa się w cieniach,
Nie zmierzysz zatem Karno jak niebo przebija
Ojciec ci nieznany teraz
Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Dramat Karna. Akt I. Sceny 1 - 2.

AKT I
Scena 1
Sen
 
Ojciec Karny:
Czymże jest ta noc, w marzeniach od dnia jaśniejsza,
A gdy nadejdzie cicha, podstępna i mroczna,
Staje się bestią. Widzę cię synu bladego,
Podobnego zjawie, innego cię pamiętam
Z krainy dnia, gdy zaprzęgi władców ochoczo
Sprawiałeś
Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Woźnica Jamy.

 
Słońce lśniło wysoko na niebie i zdawało się być pogrążone w bezruchu. Książę Jama patrzył w nie zdumiony, a jego rydwan trząsł się na nierównej drodze wiodącej przez dżunglę.
-        To typowe tutaj zjawisko – odezwał się nagle woźnica, pogrążony prawie bez reszty w umieszczaniu nazbyt ozdobnego pojazdu w wąskim przesmyku między pniami drzew. – Mówią, że słońce nad domem Karny jest złudne, choć nigdy nie widziałem, by przez tak długi czas trwało w jednym punkcie.
Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Wspomnienie Kali.

 
    To jest pieśń zniszczenia, nie ma innych pieśni. Przybyłam tu, aby zgasić gwiazdy. By zdobyć budowlę przestrzeni i obrócić ją w popiół. Zaczęłam tańczyć, a mój taniec rozrywał relacje, gdy wszystko co było, było tylko ich spotkaniem. We mnie lśniły światła i gasły. We mnie ciemność zastygła w bezruchu, przestała płynąć swoim morzem hebanowym. We mnie zakończył się żar, oraz chłód. Pytano mnie – „Skąd jesteś, miłośniczko tańca?”, ja zaś biegłam ku tonącym we mnie głosom i odpowiadałam – „Jestem stąd, to miejsce stało się mym domem”. „Dlaczego więc niszczysz swój dom?!” – wołały przerażone głosy. „Cóż was w tym przeraża?” – dziwiłam się – „Czy nieznośne jest wam sąsiedztwo, które jest konieczne?”. Po tych słowach przyspieszałam, moje ruchy nabierały znaczeń, stawały się najwyższą ze sztuk, jaką kiedykolwiek wyrażano. Mój taniec był niemy i rozpływał się w ciszy. Nie mógł do mnie bowiem podejść muzyk, ani dopłynąć żaden dźwięk. Im bardziej rósł świat skryty w moich ruchach, tym bardziej malał ten, dla którego tu przybyłam.
Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Spory dewów.

 
Białe rzeki chmur płynęły do morza. Ono było bramą i horyzontem, zawsze pełne ptaków, nigdy nie pogrążało się w bezruchu i milczeniu. Nawet zimne skały nie stały na jego brzegu. Wiązał je ten sam nurt, który kazał opadać potokom i tak jak lotna woda, pozostawały w ruchu, który je spalał i przemieniał w piasek. A gdy zastygały w śmierci dolin rozległych, ziemia wznosiła je nad siebie ponownie, by rozpocząć od nowa ich wędrówkę. I choć inne były kształty gór i inne ich echa, odnawiała się treść i esencja kamiennych grzbietów. Czasem biegły przez nie drogi, innym razem, pozostawione w spokoju zarastały trawą. Jej źdźbła, podobnie jak i wszystko inne, podlegały prawu zim i jesieni, biegnących za sobą bez końca. Ścieżki znikały i zjawiały się nieco bardziej chaotycznie, lecz i w ich powrotach istniał pewien rytm. Ci, co nimi szli, nie różni od trawy, przybywali i odchodzili odziani w barwy zmiennych pór roku.
Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Matematyk i dzicy.

 
 
 
    Widzę zdziwienie na waszych twarzach. To prawda, że temat mojego wykładu nie jest zbyt typowy jak na spotkanie grona matematyków. Choć przecież zdarzały się różne tematy... Nie ważne. Abstrahując od tytułu mojej przemowy, z pewnością jej treści nie da się ująć w ramy naszego rzemiosła, które nieliczni szczęśliwcy, albo może szaleńcy, nazywają sztuką. Chciałem wam bowiem opowiedzieć o odejściu profesora Howarda, o wydarzeniach, w których brałem, bierny co prawda, udział. Czyli będzie to zwykła opowiastka, niewiele mająca wspólnego z matematyką chaosu, czy z algebrą zbiorów nieskończonych. Co gorsza, postaram się ją ubrać w beletrystyczną formę, zamieniając część naszego spotkania w zwykłą gawędę. Musicie mi jednak to wybaczyć, zwłaszcza, że znacie w ogólnym zarysie sprawę Howarda. Pisano o tym w gazetach, nie tylko tych branżowych. Nikt jednak nie przedstawił całości zdarzeń.
Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Zagadka Urwasi

Chorągwie powiewały na wietrze. Rydwany nadjeżdżały z bitewnego pola i zbierały się wokół placu, na którym stał radża. W powietrzu ryczały trąby, a popołudniowe słońce skrzyło się ciężko w ich głosie. Stada ptaków płynęły po bezwietrznym niebie. Rzędy piechoty stały we wzorcowym szyku, a ich tarcze lśniły jak jesienne słońce. Gdy surmy ustały, radża podniósł rękę. Mocnym głosem ogłosił zwycięstwo, a jego słowom towarzyszyły okrzyki. Gdy skończył swoją mowę, żołnierze zaczęli rozjeżdżać się do namiotów, aby wypocząć po bitwie. Radża podwinął skraj swojej szaty i spojrzał w stronę wzgórz. Słońce już prawie osiągnęło ich linię, zamykając w kleszcze pędzącego galopem konnego posłańca. Daleka sylwetka stawała się coraz bliższa i niebawem konny znalazł się przed radżą.

Wyślij znajomemu Wersja do Wydruku

Kryjówka ciszy (opowiadanie z motywem buddyjskim)

  Ta cisza nie ma imion i nie posiada pamięci. Choć jest fundamentem istnień, ona nie wspomina. Czas, który biegnie szybko, nie jest w stanie jej schwytać. Chwile, lekkie jak śnieg, przybierają w niej rozmaite formy. Bywa, że biegną w jednym rytmie, przypominając wschody i zachody słońca. Innym razem składają się w linie biegnące inaczej, które nie są wędrówką, lecz tańcem, którego celem jest jedynie piękno, nie zaś żadne z miejsc, do którego w ten, czy inny sposób można dotrzeć. Dom mistrza Meja był miejscem tylko dla jego uczniów, jak też i dla tych, których stary Chińczyk w ten, czy inny sposób oczekiwał. On sam nie nazywał żadnej krainy krainą, ani lądu lądem. Co jakiś czas budził się w obrazach, na które czekał, i dla których pełniejszej harmonii był potrzebny. W ten sposób przyczyniał się do ładu i chaosu rzeczywistości, nie będąc jeszcze w niej samej, lecz przebywając dość blisko. Wiedział też, że każdy czyni podobnie, choć nie każdy wiedział co czyni. Tak też było z jego obecnym uczniem, który nie umiał czytać ksiąg, choć rozumiał litery.

Wydarzenia

Brak nadchodzących wydarzeń

Translator

  • Arabic
  • Bulgarian
  • Catalan
  • Chinese Simplified
  • Chinese Traditional
  • Croatian
  • Czech
  • Danish
  • Dutch
  • English
  • Filipino
  • Finnish
  • French
  • German
  • Greek
  • Hebrew
  • Hindi
  • Indonesian
  • Italian
  • Japanese
  • Korean
  • Latvian
  • Lithuanian
  • Norwegian
  • Portugese
  • Romanian
  • Russian
  • Serbian
  • Slovak
  • Slovenian
  • Spanish
  • Swedish
  • Ukrainian
  • Vietnamese

Migawka z Galerii

Pannallal Ghosh
Przeglądaj album

Co nowego

ARTYKUŁY

Brak nowych artykułów

KOMENTARZE ostatnich 7 dniach

Brak nowych komentarzy

MEDIA GALLERY Ostatnie 7 Dni

No new media items

Kto jest Online

Gość: 2